|
|
Blog > Komentarze do wpisu
szklanki deszczu*************************** gorąco, nieprzyzwoite gorąco, oblepiło nas na lotnisku w dar. na parę chwil zapomnieliśmy, jak się oddycha w takim goracym powietrzu, zwłaszcza, że polska wiosna tego roku była arktyczna i z lubością, wręcz nawykowo, chłodziliśmy ciała. w domu, na zanzibarze, dostaliśmy po szklance świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy i po rozpakowaniu sześćdziesięciu kilo bagażu - pojechaliśmy na kolację do "la taverna", włoskiej knajpki przy darajani, której właściciele urządzili wczoraj specjalną, kończącą sezon, bufetową kolację dla ekspatów. i znowu na początek dostałam do ręki szklankę, tym razem pełną czerwonego wina z owocami, czyli prawdziwą sangrię, która spowodowała, że moje zmęczone i niewyspane ciało poczuło się lekko, a głowa na wyciągniętej w chmury szyi, kręciła się wokół południków, równoleżników i biegunów, powracając czasem z okołoziemskich orbit, żeby z nietrzeźwym, serdecznym uśmiechem spojrzeć na te tłumy białasów (i nie tylko), które przyszły do tawerny i z którymi całowałam się na przywitanie, z którymi prowadziłam zwyczajowe rozmowy (tak, tak, chmura pyłów zatrzymała nas w polsce, tak, tak, to straszne, spadł nam prezydent z żoną, tak, tak, joga w indiach odbywała się prawidłowo i ascetycznie, tak, tak, wszystko, co udało mi się zascezować w indiach, nadrobiłam toksycznie w polsce, tak, tak, jest świetnie) i z którymi niebawem się pożegnałam, bo nasze dziecko było jedynym dzieckiem w towarzystwie i zaczynało się nudzić, czym zgrabnie i niechcący mnie zaraziło. chciałam wreszcie usiąść na tarasie, nalać sobie kolejną szklaneczkę czegoś mocniejszego i gapiąc sie na gwiazdy, posłuchać o tym, co się wydarzało (na budowie) podczas naszej nieobecności. poza szklankami niezbędnych do życia napojów, wyspa objawiła mi się na nowo w hordach ciągle obecnych (głównie w cukrze i chlebie) mrówek, w tuzinach much zlatujących się do najdrobniejszych kęsów oraz w problemach komunikacyjnych - od rana siedzę w wirtualnej polsce i próbuję BEZSKUTECZNIE odczytać jakiegokolwiek mejla: nic się nie otwiera, nic się nie wyświetla i jeśli nic się nie zmieni, będę musiała założyć nową skrzynkę pocztową. a jutro wszyscy (hasbend, kajtek, jego przyjaciel ziggy oraz nasi menedżerowie) jedziemy do sunshine matemwe, jednego z najpiękniejszych hoteli na zanzibarze, żeby rzucić się w wir tytanicznej, szlachetnej pracy (przy szklankach deszczów).
poniedziałek, 26 kwietnia 2010, listyzpodrozy
TrackBack
Komentarze
2010/04/27 09:25:57
Oj jak dobrze, że jesteście na miejscu. Bezpieczni.
U nas po jednym słonecznym dniu znów arktycznie. Całuję. Czytam i wysyłąm wysokie.
Gość: Tess, 195.50.110.*
2010/04/27 09:31:25
Cali i zdrowi na Zanzi. Dobrze! U nas dzisiaj powiedziałabym jesień. Dziwnie nie pasuje do szarości kwitnąca wiśnia za oknem...Całuję i tęsknię już.
Gość: Manomento, host-81-190-90-231.gdynia.mm.pl
2010/04/27 10:31:49
Oj tak, jesień pełną parą! Szaro, buro i przynajmniej nad morzem - zimno :/ Fajnie, że się spotkałyśmy Ew, że choć chwilę pogadałyśmy na spacerku. Ucałuj Kaja. Jak zmniejszę zdjęcia (niestety duuuuużo czasu to zajmuje), to Ci je wyślę na skrzynkę, o ile zacznie Ci działać - daj znać :)
manomento.blog.pl/ 2010/04/28 23:04:46
I mi było szalenie miło spotkać Was choć na chwilę i zupełnie przypadkiem na przejściu w środku Poznania ;) Dobrze, że dotarliście zdrowo do domu. Do zobaczenia może w wakacje, pozdrawiam ciepło :* K.
Gość: , 41.78.1.19*
2010/04/29 19:27:58
hura, odinstalowałam nortona i mogę się normalnie (bezcieleśnie i sieciowo) komunikować ze światem. back to life, back to reality :)
ściskam was, kochane dziewczyny! aś, tess, mart, katahal... lov, ew |
przepchnięcie czegokolwiek na bloga z naszych komputerów jest niemożliwe, więc po kilku przegranych walkach i bojach, skorzystałam z kompa gaby i dzięki temu "szklanki deszczu" oraz ten komentarz poszły.
a od jutra walka z informatykami i zanzi netem...
całuję,
ew