z zanzibaru i jeszcze skądś
O autorze
RSS
wtorek, 09 lutego 2010

 

*

"I am struck by how firmly each race is grounded in the terrain in which it lives, in its climate. We shape our landscape, and it, in turn, molds our physiognomy. Among these palm trees and vines, in this bush and jungle, the white man is a sort of outlandish and unseemly intruder. Pale, weak, his shirt drenched with sweat, his hair pasted down on his head, he is continually tormented by thirst, and feels impotent, melancholic. He is ever afraid: of mosquitos, amoebas, scorpions, snakes - everything that moves fills him with fear, terror, panic.

With their {Africans} strength, grace, and endurance, the indigenous move about naturally, freely, at a tempo determined by climate and tradition, somewhat languid, unhurried, knowing one can never achieve everything in life anyway, and besides, if one did, what would be left over for others?"

*

Kapuściński - zawsze wie (nawet, jeśli nie wie), zawsze zrozumie, zawsze pocieszy, a "Heban" zawsze otworzy się we właściwym miejscu.

 

11:01, listyzpodrozy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 lutego 2010

*

daję słowo, paleta smaków na naszej wyspie jest – delikatnie mówiąc – uboga. gdyby znajomi ekspaci umieli czytać po polsku, niniejszym zgodziliby się ze mną i poświadczyli – paleta smaków na zanzibarze jest cholernie uboga.

dlatego przedwczoraj, w ramach wzbogacania smaku, własnoręcznie i w stopniu zadowalającym, ukisiłam swoją pierwszą kapustę (w słoiku), a dziś zrobiłam z niej bigos, bez mięsa, za to z dwiema prunesami i z suszonymi grzybami – grzybami z wrześniwych, ubiegłorocznych zbiorów w Lesie,

uwierzcie, jedliśmy prosto z garnka, trzęsącymi się rękoma, na wyścigi.

w kolejnych ramach wzbogacania smaku, przywieźliśmy z kenii 10 kilo cranczi musli, bo dostawa na wyspę z tymże opóźniała się jakieś sześć miesięcy i nie mieliśmy widoków ani na jej przyspieszenie ani na jej dotarcie do portu przeznaczenia, więc od pewnego czasu cienko pialiśmy przy śniadaniach (serio, można nie chcieć tknąć pomidorów z czosnkiem w oliwie do białego chleba, można nie chcieć ani jednego jajka więcej, bo ileż można spanish omlette, fried eggs, boiled eggs, scramble eggs, można też nie chcieć czapati z dżemem i można nie chcieć wszechobecnego mango).

i gdy przywieźliśmy sobie te kilogramy pysznego, niezatęchłego musli z orzechami, rodzynkami i ziarnami pięciu zbóż – to na zanzibarze zabrakło... jogurtów. nie ma ich nigdzie, w żadnym sklepie. menedżerowie przerwali zamówienia - bo jogurty psują się w lodówkach bez prądu!

jutro zaś zjem na śniadanie największy poranny rarytas: ostatnią miseczkę płatków fitness z ostatnią porcją orzechów włoskich dłubanych najświętszymi rękoma mojej mamy (fitness przywiózł w plecaku pasierb, a orzechy przysłał w paczce tata).

nie mam pojęcia, co zrobię jutro na obiad.

właściwie, to nawet nie muszę nic gotować – wykończymy zapasy, nowości i raje kulinarne przydźwigane z nairobi: dwa serki fromage, dwa piknikowe trójkąty camemberta, mozarellę, trzy paczki pumpernikla, rafaello i owo cranczi musli – na sucho - bo z mlekiem, które na zanzibarze istnieje i jest do kupienia – nie lubimy.

a potem może wróci prąd?

jednak, jeśli nawet prąd wróci i pojawią się lody rożki w diplomacie, a w parachute cafe przy lotnisku pojawi się dosknała fish curry z cieniutkimi plasterkami czerwonego czili i postrzępionymi skrawkami jasnozioelonej kolendry (powyższych nie ma, bo nie ma prądu – więc nie działają zamrażalki i nie pracują elektrycznę piece wysokich temperatur) – to i tak za miesiąc znowu wpadniemy w monotonię diety: ryby (często przesuszone), pizza w amore mio ze zbyt miękkim, rozlazłym serem, frytki i krewetki z archipelago w sosie własnym, domowa pomidorowa z makaronem, domowa dyniówka, domowe spagetti na prawdziwych pomidorach, duszona cukinia z marchewkami, buraczki z łapanki na rynku, fasolka szparagowa – również z łapanki, czyli jest, jak rzucą, a ty złapiesz - i na koniec jedyna w swoim rodzaju, jedyna na wyspie – sałata lodowa (tylko i wyłącznie lodowa).

nigdy nie będę narzekać na polskę. obiecuję górnolotnie i z awansem.

czasem marzy mi się pełna wszystkiego żabka w sieradzu, przepełniona wszystkim beta w poznaniu, pełna wszystkiego (po polsku!) trafika w warszawie. idziesz do sklepu, wkładasz wszystko do koszyka (nawet jeśli masz w portfelu zaledwie 10 złotych), podchodzisz do kasy, płacisz, wracasz do domu I KONSUMUJESZ.

jakie to proste!

*

 

 

07:49, listyzpodrozy
Link Komentarze (13) »
czwartek, 04 lutego 2010

*

kenia zaczyna się nam od lake naivasha i hell's gate:

 

na twarzy kaja ochra masajskich wojowników, rozpuszczona jak glina w gorących jak ukrop źródłach:

 

 

 

kaj wystraszył żyrafę:

i wystraszył marabuty:

nie wystraszył bawołów:

ale nie ustawał w spacerach na łonie natury (lake nakuru) - tutaj z bratem:

nie wystraszył nosorożca:

minął kenijski równik z mamą pod tablicą:

brat kaja czyta "skrybę" (którą teraz i ja czytam) w swoim pokoju nad jeziorem baringo:

nasz pokój na piętrze:

łazienka brata kajtka na dole:

a oto afrykańska replika domu moich marzeń (znajduje się w robert's camp):

kaj w oczekiwaniu na poranną łodzią wycieczkę:

bracia z kameleonem pod domem karen blixen (peryferia nairobi):

więcej zdjęć tu

 

20:00, listyzpodrozy
Link Komentarze (6) »
niedziela, 31 stycznia 2010

 

natychmiast po wejściu do domu (z kenii) i otwarciu okien na oścież, przystąpiłam do dzieła - wyjęłam z plecaka trzy paczki świeżych pieczarek z kenijskiego zieleniaka dla bogaczy oraz paczkę kaszy jęczmiennej z kenijskiego supermarketu i zaczęłam gotować mój zanzibarski obiad marzeń (cebulę i czosnek pokroić dowolnie, razem z zielonym rozmarynem wrzucić na rozgrzany olej, chwilę podusić, a następnie dodać całe pieczarki, curry, liść laurowy* i ziele angielskie* i gotować około 20 minut, przy końcu dodać śmietany - dla smaku, koloru i konsystencji; w tym czasie odmierzyć dwie szklanki wody, zagotować i wsypać szklankę kaszy z kawałkiem masła i solą, gotować ok. 30 minut pod szczelnym przykryciem, na małym gazie; jeśli ma się dużo zdobycznych pieczarek, pieczarek na wagę trufli czy kasztanów, pieczarek, których najbardziej brakuje mi na zanzibarze, można zrobić kotlety owsiane - lub owsiano-pieczarkową zapiekankę, która właśnie dochodzi w naszym gazowym piekarniku - gotujemy płatki owsiane z solą i curry, jednocześnie smażymy drobno pokrojoną cebulę z drobno pokrojonymi pieczarkami, solimy, pieprzymy, łączymy z ugotowanymi płatkami, przekładamy do żaroodpornego naczynia, posypujemy żółtym serem i zapiekamy do momeentu, w którym ser uzyska złotobrązowy kolor).

i za chwilkę ten obiad zjem!

*liść laurowy i ziele angielskie z polski, oczywiście

12:51, listyzpodrozy
Link Komentarze (9) »
piątek, 22 stycznia 2010

jutro lecimy na tydzień do kenii - szlakiem trzech jezior wielkiego rowu - naivasha (ptaki, żyrafy, gazele i zebry), nakuru (nosorożce i flamingi) oraz baringo (ptaki i hipopotamy) - i w ten sposób wykorzystujemy wielkopolskie ferie zimowe, które spędza z nami starszy brat kajtka, a mój ulubiony pasierb.

wczoraj rano, kajtek z właściwą sobie dociekliwością spytał mnie - najpierw o to, czy merlin jest największym czarownikiem świata, potem o to, czy jezus był większym czarownikiem niż merlin, a na koniec - czy w kenii jest prąd. jedynie odpowiedź na ostatnie pytanie przyszła mi bez trudu. w kenii jest prąd. ponadto w kenii jest benzyna, a półki sklepów uginają się od towarów, które pieszczą podniebienia europejczyków z zanzibaru: czekolady mleczne i gorzkie bez freonowego nalotu, niezmiękczone musli crunchy, płatki kukurydziane bez posmaku mydła i detergentów, pełnoziarnisty chleb razowy, świeże sery żółte, niemrożone wędliny...

w kenii (a ściślej w nairobi) przeistoczymy się z homo simplis islandis w homo consumensis - i poza konsumowaniem cudownej przyrody - rozsmakujemy się w zdobywaniu towarów luksusowych, które dla państwa, tam na północy, są jawną i codzienną oczywistością, a dla nas ojczyźnianym wspomnieniem.

 

09:13, listyzpodrozy
Link Komentarze (7) »
czwartek, 21 stycznia 2010

według bru, o którym nie mówimy inaczej jak: wielki bru, ojciec bru, legendarny bru, szalony bru i niezniszczalny bru – ciągły brak prądu i aktualny brak paliwa na wyspie to fakty powiązane ze sobą sprawą tak oczywistą, że aż trudną do przyjęcia: wyborami prezydenckim, które odbędą się w październiku.

w październiku ma się zmienić cały układ – po urzędującym dwie kadencje karume, synem rewolucjonisty z ’64, liderem partii rządzącej CCM (chama cha mapinduzi - party of revolution) mają szansę przyjść nowi – ci z pemby, ci z opozycyjnej CUF (civic united front), ci, którym po burzliwych wyborach w 2000 roku zabito na ulicy dziesiątki demonstrantów, ci, którzy chcą się uniezależnić od tanzanii (zanzibar pozostaje w - jakby to rzec - autonomicznej unii z tanzanią).

bru mówi, że ktoś nam wszystkim podkręca śrubę. i że do końca sierpnia polityka wymiecie z wyspy większość wazungu, którzy wolą przeczekać wybory w spokojniejszych klimatach. „ja oczywiście zostaję” – stwierdza bru, gdy pytam go, czy też wyjeżdża – „ chcę być w samym środku zdarzeń i mieć pełny obraz sytuacji” – dodaje z uśmiechem kota cheshire, po czym zaciaga się głęboko skrętem, patrzy mi prosto w oczy i rewanżuje się pytaniem: „a ty zostajesz?”, na co ja odpowiadam spokojnie, że mam jeszcze czas na to, żeby zdecydować i nie chcę ulegać strachliwym plotkom. „zobaczymy, jak się rozwinie sytuacja, bru. jedno wszak jest pewne – posłucham matczynej intuicji - jeśli rozkaże mi zabrać pisklę z płonącego gniazda, to uczynię to bez najmniejszej zwłoki.”

(bru to ponad pięćdziesięcioletni facet z rpa - mieszkający od dekady w nungwi; wysoki, barczysty, piękny - zawsze z kilkudniowym zarostem, zawsze z papierosem, jointem albo butelką piwa, ewentualnie whiskey czy burbonu, zawsze z fasonem - choć w podartej koszulce, choć w poplamionych spodenkach; to on ma u siebie w domu kolekcję gitar, perkusję i niekończący się młyn ludzi z całego świata, to on ma czarodziejskie - bo nikt nie wie, jakim cudem się jeszcze nie rozpadło - centrum nurkowe, to on jest tym śmiałkiem i wybrańcem losu, który kilka lat temu przez 27 godzin dryfował na otwartym oceanie ze swoją badi – zachodnioeuropejską kobietą; dryfował niesiony silnymi prądami na pewną śmierć, bo kapitan nurkowej łodzi nie policzył zebranych z morza nurków i wrócił beztrosko do bazy; na lądzie znalazł się jednak ktoś przytomny i zauważył, że wielkiego bru nie ma – rozpoczęto akcję ratowniczą i po wielu godzinach poszukiwań, bru i jego badinka się odnaleźli; gdy wynoszono ich na brzeg, cała wieś wyległa z domów na plażę – każdy nungwijczyk chciał zobaczyć ocalonych, których traktowano jak półbogów i dla których przygotowano kilkudniową ucztę oraz rozpoczęto aranżację wesela – bo dla wszystkich było jasne, że skoro bru i jego badinka się uratowali, to są sobie przeznaczeni – co niestety nie miało nic wspólnego z rzeczywistością; dziewczyna szybko i po cichu musiała ewakuować się z wyspy, a bru wytłumaczył wieśniakom jej zniknięcie, podając za powód „konieczność powrotu do obowiązków służbowych w pierwszym świecie”. on i ocalona dzwonią do siebie w każdą rocznicę dryfowania i wspominają wspólną dobę, życząc sobie wszystkiego najlepszego...

bru to facet, który był naocznym świadkiem upadku apartheidu, służył w rodezyjskiej armii, latał jako pilot, małymi samolocikami przewoził setki kurczaków na erpeańskie kurze fermy; miał być księdzem - został kochankiem niezliczonej ilości najpiękniejszych kobiet świata - parę z nich zostało jego żonami, dawno rozwiedzionymi, parę obdarowało go dziećmi, które są już dorosłe i mieszkają w australii ...

to tyle o bru - w blogowym skrócie)

 

20:27, listyzpodrozy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 stycznia 2010

w piątek ukąsił mnie skorpion. przyczaił się w pióropuszu twardych liści ananasa, które trzeba odciąć od główki zanim zacznie się skrawanie boków. poczułam ukłucie i pieczenie, ale sądziłam, że to jedna z tych okropnych czerwonych mrówek. ale po chwili pieczenie zaczęło narastać, a na blacie stołu pojawił się niewielki jegomość z zawiniętym do góry ogonem. zaczęłam wrzeszczeć, przybiegli chłopcy - hasbend (odbywający właśnie rozmowę telefoniczną z teściową, która słysząc pisk, powiedziała, że chyba nieźle się w tej afryce bawimy), jędrek (który właśnie w piątek przyleciał do nas w odwiedziny:) i kajtek (z gotowym słoikiem na złapanie oraz hodowanie skorpiona).

wewnętrzna strona lewej dłoni bolała mnie przez następną dobę. trochę drętwiała i trochę piekła. ale dziś nie ma już po ukąszeniu śladu. bo w naszej części afryki skorpiony są raczej niegroźne. ale za to, jak literacko i metaforycznie można potraktować motyw skorpiona przyczajonego w ananasie.

17:39, listyzpodrozy
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 stycznia 2010

obrączkowe zaćmienie słońca, które dziś przeżyliśmy, zobaczycie tu. radzę zerknąć, bo następne takie przyjdzie (o ile przyjdzie) w 3043 roku. smutny dzień i dziwny: odbijam się od nienaturalnie zielonych traw, na których jak źrebaki hasali rimbaud z verlainem w "całkowitym zaćmieniu" i spadam na twardy siennik mojego snu - rodziłam dziś w nocy siedmioraczki i większość z nich była martwa. wgle odkąd nie palę i nie piję, mam koszmary. ciągle śni mi się śmierć. budzę się, bo słyszę łopoczące krople łez na poduszce.

 

17:49, listyzpodrozy
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 stycznia 2010

w związku z tym, że gosia i kazik mieli hojną grupę polskich gości (przywiezionych na zanzibar przez adama, szefa agencji nurkowej PRODIVE www.prodive.pl) – zaczytujemy się teraz w polskiej prasie kolorowej, na którą rzuciliśmy się spragnieni wywiadów, plotek, historii z życia wziętych i artykułów na czasie. zdzieramy druk zarówno z vivy, gali, twojego stylu, elle, party i zwierciadła, jak i z menedżera, wiedzy i życia czy forbesa.

jako że wyżej wymienione tytuły pochodzą z grudnia, każde z wydań (poza trzema ostatnimi) zawiera własny, autorski horoskop na nowy rok. przejrzałam pobieżnie swoje zodiakalne ramki i ku mojemu największemu zdumieniu stwierdziłam, że gazetowe wróżki umówiły się (wraz z planetami, jak mniemam) na wielkie zielone światło dla ryb.

horoskopy mówią: „to twój rok!”, „taki rok zdarza się rybom raz na 12 lat!”, „jeśli masz partnera i go kochasz, przeżyjesz z nim drugi miodowy miesiąc i umocnisz związek”, „jeśli jesteś w kulawyym związku, nadejdzie kres kuśtykania i rozstaniecie się ku obopólnej uldze”, „w roku ryb spełnią się twoje marzenia! a więc działaj! działaj, dziewczyno!”, „jowisz zaczaruje twoje życie! wykorzystaj swoje szanse!”.

cieszyłam się – w pierwszej chwili, ale teraz wpadam w lęki. znowu ta presja sukcesu, znowu trzeba się starać, pisać, cyzelować, znowu się męczyć i siedzieć z pustą głową nad wiecznie ZBYT pustą kartką albo wymyślać kolejne zadania i cele, żeby mieć niezrealizowane jak dotąd poczucie, że oddycham słuszną piersią i tworzę wspaniałe, ciekawe życie, pełne chrześcijańskich wartości, hinduistycznej rozmaitości i buddyjskiego spokoju.

a już sobie odpuściłam, już zrozumiałam, że jeszcze muszę poczekać na losuodmianę (czyli głównie wyjście z domu do pracy – ale takiej, która popołudniami pozwoli mi zajmować się małym dzieckiem). już odpuściłam wielkie wytyczne i zrozumiałam, że nie jestem dość pracowita, żeby osiągnąć to, czego chciałam. ani dość zdolna. ani dość zorganizowana. marzyłam więc o najprostszych etatach – kelnerki w barze mlecznym, sklepowej, gońca rowerowego (ciągle chcę być położną, ale wykrwawiam palce nad klawiaturą, żeby znaleźć w necie odpowiednią szkołę dla położnych - ale nic sensownego nie ma).

należę do osób, które działają z opóźnieniem, które potrzebują na wszystko strasznie dużo czasu, które do każdej ważnej sprawy zbierają się komórka po komórce, cząstka po cząstce. muszę wyśnić swoje, wyczekać, wyspacerować i swoje się wybać, swoje totalnie spieprzyć i zleniuchować... właściwie jedyne trzy wspaniałe sprawy, jakie doprowadziłam samodzielnie do końca, to pierwszy wyjazd do indii, arkusz pracy magisterskiej liczący blisko 130 stron i poród (choć przy porodzie najbardziej prowadziła mnie obrotna ginekolożka i jej złoty środek – dolargan). reszta to pojedyncze i wątlutkie akty pracy czy odwagi na tle moich życiowych oczekiwań czy wyobrażeń.

horoskopy mówią: „to twój rok, rybo! i twój kosmos!”... nie wiem nawet, czego mam się spodziewać ani czego oczekiwać (żeby oczywiście nie zapeszyć). wiem za to, jakie mam plany na najbliższy kwartał, gdyż pod choinkę święty mikołaj podarował mi niezwykły prezent, chyba najlepszy w życiu (poza ładowarką do walkmena tysiąc lat temu) - do wyboru: bilet do indii – albo nowoczesnego laptopa. chwilę się wahałam – od lat marzę o laptopie, ale ostatecznie jeśli mam do wyboru trzy tygodnie w indiach i komputer, to po hipisowsku wybieram indie. i trzy tygodnie intensywnego kursu jogi w riszikeszu. lecę 7 marca – santa załatwił przy okazji tego prezentu dzień kobiet i moje marcowe urodziny, które znowu obejdę bez rodziny.

jeśli wszystko ułoży się pomyślnie, zaraz po indiach śródląduję na zanzibarze, biorę kajtka i lecimy na wielkanoc do polski. nawiasem mówiąc, nigdy nie przypuszczałam, że perspektywa wiosny nad wartą cieszyć mnie będzie bardziej niż podróż do indii, a tak jest w istocie.

na koniec mrugam i madrugadam trzecim okiem do wszystykich znajomych zodiakalnych ryb i życzę im dużo sił na spełnianie marzeń i w tym roku, i w najbliższej dziesięciolatce.

 

20:18, listyzpodrozy
Link Komentarze (5) »
sobota, 09 stycznia 2010

 

*

drugiego dnia świąt bżn relaksowałyśmy się przed domem matyldy w nungwi i spoglądałyśmy na kazika, który siedział po przeciwnej stronie stolika i wyglądał tak:

zdecydowałyśmy, że trzeba mu niezwłocznie zrobić zdjęcia - pamiątkowe i świąteczne - które wnikliwie przeglądałyśmy zaraz po ich wykonaniu. i w tym przeglądaniu ujął nas kazik:

*

 

20:37, listyzpodrozy
Link Komentarze (4) »
piątek, 08 stycznia 2010

nastrój podkopuje mi stan podgorączkowy pochodzący z niezindetyfikowanej infekcji. z końcem grudnia, jak co roku, przyszedł na zanzibar kaskazi, wiatr północny, i rozpoczął się zdecydowany ruch powietrza. jakby nowy rok (w nowym wietrze) chciał wydąć i przedmuchać zwalające się na nas masy wychuchanych słów, oczekiwań i pretensji, które  układają nasze ciała w ciąg chorób, gorączek, osłabnięć.

deszcze padają nocami, a jeśli noc pozostaje sucha, to przychodzą o świcie i walą na pobudkę w tropikalnym rytmie o cienkie dachy naszego domu. niebo w tych dniach jest cudownie szare, czasem, gdy zatrzymam się na chwilkę w drodze nad ocean albo do warzywniaka, wypatruję oczy, żeby odnaleźć w tym niebie kawałek polskiej wiosny albo jesieni. nie mogę jednak ulec złudzeniu - bo poza zachmurzonym światłem padającym z nieba na ścieżkę przede mną, wszystko jest tak inne od tego, co w kraju - muliste kałuże, rdzawy kolor ziemi, wystające z ubitej drogi czubki  muszli i fragmenty rafy koralowej , bose nogi mijających mnie ludzi, bose nogi mojego syna - wszystko, na każdym poziomie mojego wzroku (węchu, smaku i dotyku), jest niewyobrażalnie inne od tego, co w polsce, na północy.

kiedy ja (ja, białoskóra polonistka na zanzibarze) to wszystko opiszę?

18:05, listyzpodrozy
Link Komentarze (6) »
środa, 06 stycznia 2010

a ja jak zwykle między nostalgią a euforią. zwłaszcza, gdy czytam prehistoryczne artykuły w internetowych "WO" o mojej ulubionej fundacji MaMa i mamach, które wychodzą z domu oraz o wspaniałych praktycznych paniach z mufki. aż mi się ziemia pali pod nogami, żeby wracać, wracać, wreszcie wracać i zacząć działać: zebrać przyjaciółki, rozpisać plan zajęć (dla kobiet, dzieci i dziewczyn), wynająć lokal, urządzić go, wydrukować ulotki, rozhulać promocję, nakręcić marketing i wciskać się w każde drzwi, w każdą możliwą lukę, do wszystkich domów (nie tylko samotnych) matek, które nasz DOM KOBIET I DZIECI mógłby przygarnąć, porwać i wygłaskać.

tymczasem dowiedziałam się dziś, że prądu nie będzie do końca marca. mają przywieźć wielkie generatory, które ponoć obsłużą wyspę w nastepujący sposób - 6 godzin na południu, 6 godzin na północy i 6 godzin w środku, co daje sumę trzyczęściowego prądu na dobę. czyli jest wielka awaria - i pewnie jednak poszedł kabel (oceaniczny i jedyny, datowany na lata siedemidziesiąte ubiegłego stulecia), a nie tylko transformator w fumbie.

 

18:50, listyzpodrozy
Link Komentarze (7) »
sobota, 02 stycznia 2010

wiecej zdjec tu:)

oj, mielismy szczescie w tym (tamtym) roku - bo i wigilia byla wspaniala, i pierwszy dzien swiat niczego sobie, a wieczor drugiego to juz wgle - glownie za sprawa niejakiego arnona. arnon, zwabiony cudownymi i autentycznymi opowiesciami  o legendarnym bru, nungwijskim ojcu wergiliuszu, ktory ochoczo przygarnia muzykow, nurkow, obiezyswiatow i wszelkiej masci wyrzutkow spolecznych, przyszedl do niego do domu. wzial gitare i zaczal grac i spiewac tak, jak jeszcze w nungwi nie grano i nie spiewano. dolaczyly do niego m.in. polskie chlopaki - judoka jozef z dar es salaam na perkusji oraz zanzibarski kazik basista (obaj na zdjeciu). zregenerowany popoludniowa drzemka kajtek aktywnie uczestniczyl w jam session i pierwszy raz w zyciu zasiadl za perkusja, co jako dumna matka musze odnotowac. na marginesie dodam tez, ze tego swiatecznego wieczoru postanowilam (nie bez przyczyny) zerwac z piciem napojow wyskokowych i paleniem wszystkiego - od mostow i rekopisow po papierosy, drumy lighty i inne zielone czy czekoladowe specjaly... tak mi dopomoz, silna wolo.

08:14, listyzpodrozy
Link Komentarze (3) »
czwartek, 31 grudnia 2009

happy new ears!

 

 

 

 

 

18:13, listyzpodrozy
Link Komentarze (6) »
środa, 23 grudnia 2009

przy gorącym piekarniku, do którego jak bochny ładowałam swoje pierwsze w życiu makowce, miałam telefoniczną gorącą linię z moniką maszrum. jakoś zawsze, gdy piekę ciasto (przy głośnej muzyce, dziś przy kolędach arki noego), mam ochotę do niej napisać esemesa. i piszę - że piekę, że kocham, że tęsknię okropnie. a monika maszrum mi na to, że... właśnie pakuje się do sieradza, i że wieczorem ma babskie spotkanie ze swoimi trzema siostrami w sieradzkim pubie kredensie... ała! ała! ała! mroźny sieradz! kredens! rodzice! stare ścieżki wysłużonych alejek! alkohole  z piersiówek i smakowite jointy na ławkach! ała! ała! wszyscy tam są! a mnie nie ma!

jak widać, wprowadziłam się w świątęczny trans - wszystkie czarne dzieci w okolicy śpiewają z nami "dzisiaj w betlejem" oraz "chwała na wysokościach", siedzą u nas przy stole i wycinają gwiazdy z kolorowego papieru, nawet abu bakar, czterolatek, próbuje ciąć i mazać. w domu pachnie ciastem, kajtek nadzoruje prace czujnym okiem jedynaka, podjada ciasto, wsuwa świeże ananasy, słodkie jak z puszki, podgryza banany i czeka na świętego mikołaja.

w przypływie atmosfery włączyłam trójkę online - gra o dziwo bez zakłóceń, czyham więc na "najpekniejsze w całym roczku", czyham na zwierzenia rodaków w sprawie karpia i sprzedawców choinek, czaję się na radiowe ciepło i radiową troskę online. i co słyszę? znienacka? "crazy mary" pearl jam, a "crazy mary" to nic, tylko pierwsza miłość, sieradz i parkowe alejki we mgle. ech.

ps.

a dziś urodziny eddiego veddera. i ewy śliwy. wszystkiego najlepszego.

 

18:00, listyzpodrozy
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 grudnia 2009

no i tak: przetestowali wczoraj transformator, czyli puścili próbnie prąd i czym prędzej go odcięli. okazało się, że nie naprawili, spartolili, nie dali rady i prądu nie będzie przez kolejne tygodnie - dwa albo trzy. no cóż. wigilia przy świecach. i wgle.

mam nastrój nie za bardzo, święta ładują nostalgię i zastanawiam się, co ja do cholery robię na tej wyspie z dala od was wszystkich. obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie spędzę świąt poza domem. tylko... jakim domem? czyim domem? moich rodziców? przyjaciółek? jednej przyjaciółki? dwóch? bo własnego (bezpiecznego, oswojonego i co najważniejsze - czekającego) to za bardzo nie mam. ot, wynajmowane dwupokojowe nad rzeką wartą, w którym graty i meble piętrzą się pod sufit. i w którym mieszka przyjaciółka z synem i chłopakiem.

boli mnie głowa, złapałam katar, łykam aspirynę. robię własnoręcznie ozdoby choinkowe z bibuły i kolorowego papieru na naszą mikrusię - choinkę ze sklepu dla białasów. specjalnie nie kupowałam gotowych bombek, bo pomyślałam, że będzie lepiej dla kajtka, gdy sobie usiądziemy przy wielkim stole w jadalni i powycinamy gwiazdy oraz potniemy i pokleimy bibułę na łańcuchy (które ostatnio robiłam w podstawówce). ale gdzie tam. kajtek trochę pokolorował, trochę popatrzył i śmignął na dwór, gdzie dzieci gromada i wspaniała, wyczerpująca zabawa od rana do wieczora. więc zostałam sama z nożyczkami w rękach. i tnę, co tam.

a jutro (oby katar minął po aspirynie i ból głowy ustąpił) kupuję ryby na targu (zawsze boję się, że kupię nieświeże, choć już wiem, że mam patrzeć rybie w martwe oko, a ono ma się szklić i błyszczeć), duszę pora, cebulę i marchew na rozmarynie i czosnku do ryby z targu - po grecku, gotuję kopmot z suszu, piekę makowiec (mak z polskiej puszki) na kruchym i piekę ciasteczka w kształcie gwiazdek i choinek- żeby dziecko odczuwało przy chrupaniu świąteczną atmosferę. jutro też pakuję auto do nungwi, nad lazur i szmaragd, do polaków, do domu matyldy, do opłatka i prezentów, kolęd i pierogów - i mam nadzieję, że uda mi się wyjechać. w sensie, że się wyrobię z robotą przed zachodem słońca, bo po zachodzie słońca na zanzibarze jeżdżą tylko szaleni kierowcy daladala.

cieszcie się, że jesteście u siebie w święta i że macie do rodzin i przyjaciół nie więcej niż tysiąc kilometrów. ja pocieszę się moim egzotycznym lifestylem, pocieszę się również kochanymi ludźmi w nungwi, pocieszę się plażą i ciepłym oceanem, a nade wszystko pocieszę się szczęściem mojego syna i hasbenda. oraz tym, że przecież kiedyś wreszcie wrócę - i zamknę ten cholerny paszport w najgłębszej szufladzie, otwierając się na piękno naszej ojczyzny.

ps.

słyszę, że w bbc mówią właśnie o mrozach w europie.  hasbend krzyczy, że pokazują też polskę.  nie wiem, może i pokazują, nie patrzę - piszę przecież, a hasbend woła z triumfem, że korki, że zamknięte lotniska i że wszyscy się ślizgają. no tak, warczę, przecież są święta, jest zima, no to mróz łapie i wszystko jest białe, magiczne, uśpione i ludzie mogą się ślizgać do woli!

 

19:08, listyzpodrozy
Link Komentarze (8) »
sobota, 19 grudnia 2009

*

 

Na Zanzibarze Bi Kidude znano głównie z unyago.

 

Unyago, rdzenną, afrykańską i bliską ziemi muzykę, grano dawniej, żeby odstraszyć demony. Teraz jej brzmienie towarzyszy jednemu z najważniejszych wydarzeń w życiu młodej kobiety – inicjacji przed ślubem. Często unyago zamawia matka dziewczynki, kiedy ta zaczyna miesiączkować albo wtedy, gdy ma wyjść za mąż. Impreza odbywa się za zamkniętymi drzwiami tak długo, na ile mogą sobie pozwolić rodzice mwari, czyli młodej dziewczyny – od kilku godzin do kilku dni, i ma na celu wprowadzenie jej w arkana (również erotyczne) dojrzałego życia kobiety. Żaden mężczyzna nie ma prawa uczestniczyć, widzieć ani podglądać tego, co dzieje się podczas unyago. Kiedy grające na bębnach kobiety złapią podglądacza na gorącym uczynku, wciągają go do domu, w którym trwa impreza, rozbierają do naga – zostawiając tylko skąpą przepaskę z kangi na jego biodrach. Ma tańczyć w rytm muzyki dopóki triumfujące kobiety nie pozwolą mu odejść. W imprezie nie mogą brać również udziału kobiety, dla których nikt dotąd nie zorganizował unyago.

Oprócz bębniących i śpiewających kobiet na unyago, najważniejszą rolę w życiu młodej dziewczyny spełniają dwie osoby: somo i kungwi. O ile tę pierwszą można określić po polsku jako bardzo bliską matkę chrzestną, to funkcja drugiej jest nieprzekładalna na język naszej kultury (podobnie jak unyago nie ma swojego odpowiednika we współczesnym zachodnim świecie – bo przecież nie jest nim ordynarny, pozbawiony śladu sacrum, wieczór panieński).

Somo to żeński duch opiekuńczy w żywej osobie, przewodniczka i nauczycielka życia. Pilnuje, żeby jej przybrana córka wyrosła na dobrego człowieka. Wspiera ją i radzi. Uczy też, jak ma zachowywać się podczas menstruacji - jak zbierać krew i jak dbać o czystość – także w aspekcie religijnym (krwawiąca kobieta nie może na przykład dotykać Koranu). Najczęściej somo zostaje wybrana przez biologiczną matkę dziewczynki albo przyjaciółka (czy bliska krewna) matki sama podejmuje się tej roli – czując szczególną więź z danym dzieckiem. Oczywiście, gwiazdy - i somo, i córki muszą się ze sobą zgadzać, bo bez dobrego układu astrologicznego ani rusz. Po latach somo staje się przyjaciółką, ale i osobą, przed którą czuje się respekt.

Kungwi zaś to kobieta od zadań specjalnych na miesiąc miodowy - przewodniczka i nauczycielka życia w małżeństwie – a raczej w pierwszych jego dniach (i nocach). W przeddzień ślubu kungwi myje, masuje, naciera olejkami i wonnościami ciało panny młodej. I to ona razem z muzyczkami podczas unyago uczy ją, jak ma kochać swojego męża. Jak go pieścić i zadowalać, jak pięknie pachnieć i słodko wyglądać – jak tańczyć wokół niego i czule mu śpiewać. Po nocy poślubnej kungwi pokazuje rodzinie czerwoną plamę na prześcieradle i spędza z panną młodą siedem dni - gotując dla niej, ubierając ją i wykonując za nią wszelkie prace domowe.

Unyago, szczególnie w wykonaniu Bi Kidude współpracującej z somo i kungwi inicjowanej dziewczyny, musi należeć do tego samego źródła kobiecych misteriów, których wspólnotowość łączy greckie bachantki, hinduskie adeptki kamasutry, indiańskie wilczyce i aborygeńskie pramatki. Bi Kidude przyznaje: „If I had to chose beetween Taarab and Unyago I would chose Unyago. It is Unyago where I get my satisfaction and at the peak of it I sometime feel as though I am in a trance and I could go on drumming for hours on end feeling neither sleepy nor hungry.” (Bi Kidude. Tales of a Living Legend, Ali Saleh, Fiona McGain, Kwathar Buwayhid i Javed Jafferji - zdjęcia).

 

*

Inspiracją do zacytowania fragmentu o Bi Kidude (Zadra, nr 1-2, 2009) było dla mnie odkrycie, że śniada, roześmiana kobieta o boskiej chrypce, z którą wymachuję ciałem na jodze w ruinach Mbweni to Thembi Mutch, autorka reportażu radiowego dla BBC o somo, kungwi i seksie na Zanzibarze, którego można posłuchać tutaj.

 

 

 

09:01, listyzpodrozy
Link Dodaj komentarz »

*

prądu brak, benzyny trzeba ze świecą szukać, a diesel (do generatora!) kupuje się tylko na czarnym rynku. półtora litra wody podrożało o 100 procent. nie pracują drobne zakłady usługowe - nie stać ich na generatory. nie pracują też większe zakłady rzemieślnicze - owszem, mają generatory, ale ich moc nie jest w stanie obsłużyć ciężkich maszyn. według oficjalnego komunikatu zeco prąd ma popłynąć w kablach 23 grudnia. mamy więc nadzieję, że  podczas polskiej wigilii w nungwi (na 14 osób) światełka na kazuarenowej choince rozbłysną, a my roztoczymy czar świąt nad główkami naszych wierzących w świętego mikołaja dzieci.

*

zdjęcie tomka piwowara:)

 

 

06:24, listyzpodrozy
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 grudnia 2009

*

ostatni komentarz spod burzliwej notki elfu kumi:

 

Gość: jane, 83.238.213.105

2009/12/14 14:08:35

moze i cie okradla, zwolnilas, twoj wybor, tyle. ale o co sie tak buzysz? my ciagle okradamy tych ludzi. ty tez. A chodzenie, sprawdzanie, jak pracuje...brak podwyzki bo "inni na zanzibarze maja gorzej niz ona" na milosc boska to tez okradanie... najlepiej wyszyc sobie "love& piece" na torbie, zapuscic dredy, a zachowywac sie jak kompletna mieszczanska szmata. Na co ty liczysz? ze ona bedzie twoja przyjaciolka? moze powinna wykonywac robote i wielbic cie jak boginie bo "jestes zona faceta z europy, ktory wypruwa sobie zyly zeby w jej kraju zyc jak w raju i zeby zoneczka mogla fruwac po calym swiecie nie robiac kompletnie nic poza opierdalaniem sie i wypisywaniem zalosnych bredni na blogu. Przy okazji rzucajac swej sprzataczce nedzne pieniadze za robote ktora sam gardzi i jej nie wykona. podobniej jak ty". ona jest pracownica chce dla siebie i swoich bliskich jak najlepiej. walczy o siebie i swoje warunki pracy. nie jest ci winna zadnej przyjazni. Nie jest twoja niewolnica. Masz swoje kolezanki ktore cie ucza jak masz ja pilnowac, zeby ani odorbina syfu po tobie nie zostala nie sprzatnieta. chciala podwyzki. nie dalas, tylko jeszcze pokazalas gdzie jej miejsce. sama jestes sobie winna. bardzo dobrze ze zrobila to co zrobila. przynajmniej sprytna kobiecina i premia jej wpadla. a ty masz w prezencie troche emocji, bo od tego wylegiwania sie na plazy bez majtek chyba ci sie w glowie cos przepalilo. Moze i pracowalas kiedys podobnie jak ona w "studenckich czasach". widac ze jestes za malo blyskotliwa zeby wyciagnac z tego jakies wnioski i zeby czegokolwiek moglo cie to doswiadczneie nauczyc.

niezłe, co?

*

prądu ciągle nie ma, ale przyczyna jest lepiej znana - gaba, dzięki za linka :)


 

 

 

 

18:35, listyzpodrozy
Link Komentarze (12) »
niedziela, 13 grudnia 2009

*

w zeszłą środę władze tanesco (zanzienergetyki) nadały komunikat w radio i telewizji, że nazajutrz, czyli w czwartek, planowana jest przerwa w dostawie prądu od ósmej rano do osiemnastej na całej wyspie.

gremialnie chwaliliśmy tanesco - bo tym razem nas ostrzegło, tym razem możemy się przygotować, tym razem umyjemy zawczasu włosy i zaparzymy wcześnie kawę, nałapiemy wody w miskę, wyślemy ważne mejle wieczorem, nie będziemy gotować obiadu, tylko zjemy na mieście.

dzień mijał – i minął - w miłej atmosferze, słońce miało się ku zachodowi, a ku naszemu zdziwieniu miał się fakt, że tanesco dotrzymało słowa i włączyło prąd o planowanej porze.

przystąpiliśmy do prysznica, kolacji, muzyki, drinków i czytania dzieciom na dobranoc (wespół zespół z zaprzyjaźnioną polską rodziną, która u nas gości z dwójką małoletnich córek).

nasza kuchenka działa na prąd, nasza woda w kranach również, nie mówiąc już o niezbędnych o tej porze roku wiatrakach w nocy i za dnia, więc powrót prądu przywitaliśmy z niekrywaną radością – o osiemnastej okrzyki zadowolenia rozniosły się gromko po okolicy – tak, jak roznoszą się zawsze przy powrocie prądu albo przy kolejnych golach ulubionej reprezentacji piłkarskiej podczas mundialu, kiedy to całe dzielnice, rewiry i blokowiska huczą w ekstazie.

niestety, dwie godziny później prąd znowu zniknął.

dobyliśmy czołówek, świec i zapalniczek, dzieci spały, w domu nie dało się siedzieć, bo było duszno i gorąco – wyszliśmy na taras i zagłębiliśmy kręgosłupy w patykowate, afrykańskie fotele, które nieodmiennie przywodzą mi na myśl słup świętego szymona. od roku zbieram się do wyściełania ich wygodnymi poduszkami, ale jestem wyjątkowo nieefektywna, ponieważ nie jest (mi) łatwo znaleźć pillowmana vel człowieka wyrabiającego poduszki, na obcej, dalekiej wyspie. nie jest (mi) też łatwo znaleźć sklepy ze specyficznym asortymentem – na przykład z igłami i nićmi albo ze świeżymi kurczakami, albo z bielizną damską, albo z bawełnianymi białymi koszulami z kołnierzykiem dla dziecka lat sześć.

siedzieliśmy w fotelach, leszek (gość) rozprawiał o dalekich krajach, hasbend karmił nas anegdotami z placu budowy, agnieszka (gościna) pociągała piwo z butelki, a ja patrzyłam w niebo, dla którego aksamitna ciemność naszej wyspy stanowiła doskonały setting: gwiazd od groma, spadających gwiazd sznury, symetrycznie rozłożonych konstelacji – moc, do tego dwa pasy oriona zawsze po lewej lekko na górze oraz latawce, spirale, ślimaki, kółka, wypunktowane na srebrno kwadraty, romby, półkola i wszystkie te modne fraktale – patrzyłam w niebo, które (jak zawsze) było nie do ogarnięcia.

prąd nie wrócił.

nie wrócił do dziś (przypomnę, jest niedziela, trzynasty grudnia).

i nie wróci jeszcze przez co najmniej trzy tygodnie.

panowie załatwili na amen jeden jedyny kabel oceaniczny, którym to jednym jedynym kablem płynęła do nas elektryczność z mainland. w czwartek mieli przeprowadzić zaanonsowaną konserwację kabla i przełączyć go na szersze pasmo odbioru. niestety, przedobrzyli i zamiast wlać w kabel prąd małymi porcjami, poszli na żywioł i kabel rozerwała powódź elektryczności. prądu nie ma. hamna umeme.

post scriptum:

w grudniu mamy na wyspie szczyt sezonu.

 

 

 

09:04, listyzpodrozy
Link Komentarze (10) »
niedziela, 06 grudnia 2009

 

Mikołajkowy prezent pod poduszkę: Kapuściński po angielsku (pożyczony od Marianne, tej Szwedki z Kanga Kabisa, do której wcisnęłam się któregoś wieczoru) - Heban jako The Shadow of the Sun:

People of the North. Have we sufficiently considered the fact that northerners constitute a distinct minority on our planet? Canadians and Poles, Lithuanians and Scandinavians, some Americans and Germans, Russians and Scots, Laplanders and Eskimos, Evenkis and Yakuts – the list is not very long. It may amount to no more than 500 million people: less than 10 percent of the earth’s population. The overwhelming majority live in hot climates, their days spent in the warmth of the sun. Mankind first came into being in the sun; the oldest traces of his existence have been found in warm climes. What was the weather like in the biblical paradise? It was eternally warm, hot even, so that Adam and Eve could go about naked and not feel chilled even in the shade of a tree.

 

15:50, listyzpodrozy
Link Komentarze (4) »
sobota, 05 grudnia 2009

 

może i bym chętnie coś napisała, ale na myśl o tym, żeby snuć kolejną rozwlekłą historię o przygodach z lawiną nowych cleaning ladies, która to lawina zalała nasz dom po tym, jak na społecznościowej (kobiecej i zanzibarskiej) liście mejlingowej „wanawake” ogłosiłam niezwłoczną potrzebę zatrudnienia kogoś na miejsce niecnej hidayi – chce mi się rzygać, nie pisać.

odbyłam kilka wizyt w domach różnych wpływowych (białych) kobiet, przeprowadziłam bogatą korespondencję, telefonowałam, odbierałam wyrazy współczucia, prałam sterty ciuchów zaplamionych afrykańską, czerwoną ziemią w doraźnych pralkach znajomych dziewczyn-matek z kajtka szkoły, przeprowadzałam pierwsze w życiu rozmowy kwalifikacyjne (na migi, uśmiechy i broken swahili), łykałam paracetamol na głowę i iście postpostmodernistyczny ból wielości wyboru – aż wreszcie postanowiłam zatrudnić dwie dziewczyny.

jedna przychodzi rano, jest anglikanką o delikatnej twarzy i szczupłym ciele. ma na imię josephine i pracuje cichutko, stąpa po posadzkach zwiewnie i przezroczyście. przyłapuję się na tym, że szepcę w myślach jej słodkie imię. józefina. józia. josephine.

druga przychodzi popołudniami, bo rano uczy się w szkole hotelarskiej. ma na imię amina i jest ewangeliczką. mówi trochę po angielsku. lubi się do mnie zwracać per dada (sista), dear dada albo dear dada ever. egzaltowana, narwana, cudaczna.

josephine zajmuje się prawdziwym sprzątaniem i ogarnianiem domu. amina natomiast wykonuje prace gruntowne: myje okna, prasuje, pucuje wiatraki. ma też w przyszłości gotować i ewentualnie opiekować się kajtkiem (na co sam zainteresowany nie wyraża tymczasowo zgody).

hidaya wpadła do nas kilka dni temu. ustami ismaila (wygląda na to, że lubi nimi przemawiać) poprosiła o list polecający. początkowo sądziłam, że nie zrozumiałam – ale nie, zrozumiałam bardzo dobrze. powiedziałam ismailowi, żeby przekazał hidayi (do której machałam z daleka - siedziała na schodkach domu salamy, i odkrzykiwałam jej hallo, habari, nzuri), że teraz nie mam czasu. on to, że nie ma sprawy, mogę go napisać jutro czy pojutrze. oczywiście, jedyne, co mogłabym zawrzeć w tym liście to zdanie: hidaya jest niezawodna, ale ma pewien krępujący feler: kradnie.

dziś hidaya do mnie zadzwoniła i osobiście przypomniała o liście. wykręciłam się mustafą: kesho ninataka na mustafa kusema (jutro chcę porozmawiać z mustafą) – w tej sprawie. więc: subiri (czekaj). a poza tym, jak się masz, świetnie, wspaniale, no to pa.

i co ja mam zrobić, droga redAkcjo? wystawić referencje i zaświadczyć za kogoś, komu nie ufam i kto mnie okradał (ale tak ładnie mnie o te referencje teraz prosi) czy pozbawić biedną dziewczynę możliwości pracy w zamożnych domach białych ekspatek.

 

20:07, listyzpodrozy
Link Komentarze (12) »
wtorek, 01 grudnia 2009

czujé, ze zmienia mi sié życie.

po roku badania nowych życiowych wód, bioré wreszcie zamaszysty wymach - taki, jak bierze otylia, gdy plynie motylkiem w swoim mistrzowskim torze. wypelniam szczelnie pluca, podnoszé do góry umiésnione ramiona, staram sié je szeroko rozlożyc i wbic jak najglébiej pod wodé. jestem w fazie wyjscia z pozycji - jeszcze nie zanurzam glowy, nie wypuszczam powietrza, réce mam w górze i jeszcze nie plyné - ale dobrze wiem, ze moment zanurzenia jest przede mná. muszé tylko pozwolic życiu sié pozmieniac, a sobie pozwolic na wyczekiwanie.

od wrzesnia codziennie myslé o tym, żeby sié przekwalifikowac - a raczej, żeby wreszcie zdobyc jakis zawód.

chcé zostac polozná. midwife. hebamme.

11:38, listyzpodrozy
Link Komentarze (13) »
czwartek, 26 listopada 2009

*

jutro zaczyna się wielkie muzułmańskie święto - eid-al adha – święto ofiar, upamiętniające straszliwą historię abrahama, który zgodził się złożyć w ofierze bogu swojego syna.

salama pości od kilku dni, ismail zabrał abu do fryzjera i obaj zgolili głowy. pani na kasie w jedynym piętrowym supermarkecie w stone town ogląda w wiszącym nad nią telewizorze relację na żywo z arabii saudyjskiej, zantel wysyła klientom w esemesach życzenia w suahili, a u nas na podwórku, pod osłoną nocy, odbyło się rytualne zarżnięcie kury, na której jutrzejsze spożycie dzieci cieszą się od rana. kajtek nie chciał patrzeć, jak asia własnoręcznie eskortuje zdekapitowanego ptaka do kuchni salamy. uznał, że nie chce się bać i że nie może za bardzo patrzeć na takie okropności. będą go – ptaka (lub jak kto woli ją - kurę) teraz skubać, patroszyć i oczyszczać na tysiąc nieznanych mi sposobów (które pewnikiem zanałaby moja babcia basia). dzieci z międzynarodówki idą jutro do szkoły i mają założyć najlepsze ubrania (hura, wreszcie bez mundurka!).

święto eid-al adha wiąże się z największym na świecie pielgrzymowaniem. każdy, kto tylko może i kogo na to stać – musi choć raz w życiu odbyć pielgrzymkę do mekki. każdy muzułmanin, rzecz jasna. jest też ruchome – wyznawcy islamu żyją według innego kalendarza – tego, który opiera się na cyklu księzyca. i – półksiężyca (jakże mogło być inaczej). na marginesie przyznam, że o wiele bardziej wolałabym żyć według faz księżyca anieżeli wedle czterech tygodni ciężkiej pracy odliczanych pensją w korporacji - wolałabym - wolę - i żyję.

pielgrzym ma w mekce kilka zadań do wykonania. musi - przyodziany w śnieżnobiałą galabiję - siedem razy okrążyć zgodnie z ruchem wskazówek zegara święty relikwiarz al-kabah, dojść do czarnego kamienia, zerknąć tudzież wspiąć się na górę arafat. trzeba mu się też napić z tajemniczej studni zamzam i na koniec rzucić rytualnie kamieniem w diabła, żeby odegnać złe moce, ha hola i basta. tak więc ten szczęściarz, który zawita do mekki, przechodzi przez szereg wtajemniczeń. jak w inicjacji, jak w podróży, jak w rytuale przejścia.

raz rozmawiałam z człowiekiem, pobożnym, wykształconym i światowym muzułmaninem, biznesmenem z zanzibaru, który mówiąc mi o odbytej pielgrzymce do mekki, miał ze wzruszenia łzy w oczach i twierdził z całym przekonaniem, że tak mocnej energii religijnej jak wokól al-kabah nie ma nigdzie na świecie.

 

*

حج,hadżdż, czyli pielgrzymka, to piąty filar islamu. pierwsze cztery to:

1. Wyznanie wiary (شهادة, szahada) – Nie ma Boga oprócz Allaha, a Mahomet jest Jego prorokiem. Dla szyitów często również: Ali jest przyjacielem Boga (co część sunnitów uważa za bałwochwalstwo).

2. Modlitwa (صلاة, salat) – odprawiana pięć razy dziennie z twarzą zwróconą w stronę Mekki.

3. Jałmużna (زكاة, zakat) – określoną część swych dochodów muzułmanin ma obowiązek oddawać biednym.

4. Post (صوم, saum) – w ciągu dziewiątego miesiąca roku muzułmańskiego (ramadanu), muzułmanie muszą powstrzymywać się od jedzenia i picia od wschodu do zachodu słońca.

źrodło:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Pi%C4%99%C4%87_filar%C3%B3w_islamu

 

23:00, listyzpodrozy
Link Dodaj komentarz »

 

kajtek siedzi ze mną przy stole w jadalni pod dramatycznym świetle żarówek energooczczędnych, w salonie cichutko gra (niezmiennie, do licha) nosowska „kokainę”, wiatrak młóci stojące powietrze, za oknem ciemno jak w dupie, a Kajtek składa angielskie literki w następujące słowa (jamilii gavin) wśród kolorowych ilustracji (rhiana nest jamesa):

 

PRESENTS

 

Grandma was on the garden bench. She looked up at the blue sky. It was like the blue sky in Pakistan. Grandpa was in the house. He looked out of the window. He saw a red car. ‘Uncle Sami and Raza are here,’ he said. Ali and Amina went to see Uncle Sami. They ran to the car.

Uncle Sami got out of the car. A girl got out of the car too. ‘This is Raza,’said Uncle Sami. ‘She is your cousin.’

‘Come in, come in!’ said Grandpa, and they went into the house. Uncle Sami had a big bag. Raza had a big bag too. ‘Here are some sweets and cakes,’ said Uncle Sami. ‘And I have some presents for you.’ said Raza.

Ali and Amina jumped up and down. ‘What have you got for me?’ said Ali. ‘What have you got for me?’ said Amina.

Raza put her hand into the bag. ‘Here is a shirt for Ali. Here is Shalwar Kameez for Amina and here is a waistcoat for Grandpa,’ said Raza.

‘I have a present for Grandma but I can’t see her,’ said Raza. ‘Grandma is on the garden bench,’ said Grandpa. ‘Grandma,’ called Ali. ‘Grandma,’ called Amina. ‘Uncle Sami and Raza are here. They have a present for you.

Raza went up to Grandma. ‘This is for you,’ said Raza. Grandma was very happy. It was a blue shawl, blue like the sky in Pakistan.

 

 

kiedy kajtek czyta niemalże płynnie, bez dukania i bez zgadywania, mnożę paranoiczne wariacje na temat tej niewinnej czytanki o pakistańczykach (w londynie, nowym jorku i danii),  potencjalnych muzułmańskich pogromcach z pierwszych stron zachodnich gazet,  którymi nas się reguralnie straszy. albo o których stoi u Zadie Smith czy u Malkani Gautama.

a kajtek, multikulturowe dziecko swoich dziwacznych rodziców, patrzy mi słodko w oczy i mówi, przejęzyczając się po freudowsku:

„mamo, nazwijmy naszą córeczkę amina, to takie śliczne imię…”

 

 

 

 

 

 

07:46, listyzpodrozy
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11