|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Afryka Kazika
Dla dzieci
Dookoła świata
Dunka bloguje w Tanzanii
Koleżanki
Książki
Pojawia się
Wyspa
Zanzibar i Afryka
Zdjęcia
Zima
Tagi
|
czwartek, 17 czerwca 2010
madrugadę (i zaniedbaną wyspę) mogę pisać tylko w matemwe, w recepcji sunshine - nasze domowe komputery w dalszym ciągu odmawiają współpracy. wydawało mi się, że może to dobry moment, żeby zawiesić publiczne pisanie - szczególnie, że nie miałam ostatnio zbyt wiele czasu. jednak potrzeba dzielenia się życiem w słowie (i słowem w życiu) jest we mnie tak mocna, że od paru dni popisuję (się) w nowym miejscu: fewislandviews. zapraszam gorąco...
poniedziałek, 07 czerwca 2010
i znowu strach przed lataniem - od wczoraj poszukujemy tanich biletow na sierpniowe wakacje w polen. nasz quatar airlines kosztuje o dwa tysiace za duzo, a o klm, BA czy chyba nie mozemy marzyc. hasbend przy pomocy pana z biura flyexpress znalazl turkish airlines i zaczelam goraczkowo grzebac w necie, zeby sprawdzic poziom bezpieczenstwa w TA. czulam, ze bedzie nie za bardzo i rzeczywiscie, moj poziom (panicznego) leku przed lataniem jest wprost proporcjonalny do (niskiego) poziomu bezpieczenstwa linii z istambulu. wiem, ze raczej (!) nic sie nie wydarzy i wiem, ze wiecej ludzi ginie w samochodach niz w samolotach, ale boje sie strasznie i nie moge tego strachu pokonac. doniesienia prasowe na temat TA i ich katastrof wylaly mi sie z komputera - wylaly sie w dodatku rownolegle z zapisem z czarnych skrzynek tupolewa, ktore przeczytalam (ponad 20 stron) i ktore koncza sie dramatycznym krzykiem: kuurwaaaaaaaaaaa...
wtorek, 01 czerwca 2010
czwartek, 27 maja 2010
DINNER
I.
Starter
Grilled Aubergine and Zucchini Salad
Soup
Pumpkin soup
Main Course
Grilled Beef Fillet with spicy Gravy, Rice, Carrots and Green Beans with sesame seeds
or
Crusted Coconut Fish, tamarind sauce, baked potatoes, Beetroot salad
Dessert
Lime Tart
środa, 26 maja 2010
najchetniej napisalabym cos w skrocie, na przyklad w punktach. ale pewnie zrobie to nastepnym razem - bo niezmiennie nie moge uzywac domowych komputerow do edycji bloga (facebooka, naszej-klasy, wirtualnej poczty itp.), wiec do publikowania notek uzywam komputera w recepcji sunshine. teraz musze jednak stad szybko zmykac, bo razem z crew czyscimy papierem sciernym podlogi, sprawdzamy stan pokoi i biegamy po bungalowach w celu wykrycia usterek - ktorych - hura - jest coraz mniej i mniej. rano, przed wyjazdem do matemwe, zdazylam odprowadzic kajtka do szkoly. tlumaczylam mu, ze dzis jest dzien matki, a matka to przeciez (obok ojca) najwazniejsza osoba w zyciu dziecka. poprosilam syna o ladna laurke (lub inne rekodzielo) na popoludnie i nauczylam go wierszyka, ktory przez cale zycie klepalismy w przedszkolach i ktory pragne wyrecytowac wszystkim kochanym matkom-przyjaciolkom: mamo, mamo, cos ci dam, jedno serce, ktore mam, a w tym sercu rozy kwiat, mamo, mamo, zyj sto lat! a teraz biegne do podlog!
czwartek, 20 maja 2010
* zapomniałam już, jak to jest, gdy po długiej przerwie siada się do klawiatury, długopisu, zeszytu czy kartki. komputer jeży się przede mną, trzeszczy, sapie i jest mi tak okropnie obcy. może więc dla oswojenia pisania dzisiejszy wpis rozpocznę od tego, co się aktualnie wobec mnie dzieje – rozpocznę - a może też i na tym rozpoczęciu zakończę, nie wiadomo przecież, czy w trakcie się rozpiszę czy raczej rozproszę. nie pisałam nic w polsce (poza tekstem o latarniach morskich dla dziewczęcego czasopisemka, na nieswoim komputerze, w kuchni, której drewniana podłoga daje ciepłe oparcie stopom, radio gra po cichu na parapecie, w zlewie brudne naczynia piętrzą się od rana i które pozmywam jutro, przez okno w dużym pokoju widzę mętnie tlącą się z południa wartę, forsycje za oknem z dnia na dzień coraz bardziej się jaskrawią, a beta każdego ranka daje nam świeży czarny chleb z gazetą), w indiach też pisałam niewiele (więcej ćwiczyłam milczenie i czyszczenie życia niż paplałam), teraz na zanzibarze wpadłam w cudowny stan pracy (po dwóch latach katorżniczej emerytury), codziennie jeżdżę do matemwe, pracuję, ogarniam służby i prawa pracownicze, uczę i wdrażam w system, odkurzam, maluję, woskuję podłogi, myję szyby, szoruję kible, padam na ryj (dziecko czasami odbiera mi analuz, mama najlepszego kumlpa kajtka, ziggiego, więc mogę siedzieć na budowie od rana do wieczora, co mnie wprost nieprzytomnie uszczęśliwia) i właśnie w tej chwili pierwszy raz od dawna mam okazję usiąść przed komputerem (w słoneczne popołudnie, z niną simone, kontrabasem i fortepianem, dziecko biega beztrosko wokół domu z kolegami, jeden jest brązowym holendrem, drugi białym jak śnieg finem, wszyscy trzej porozumiewają się ze sobą w obcym, nie macierzystym języku i być może dlatego, ze uzywaja mowy ciala zamiast slow, tyle się ruszają, tyle smieja, krzyczą dziko i jedzą gargantuicznie wszystkie rodzaje pokarmów zdatnych do spożycia), bo właśnie dziś jakimś cudem udało nam się zdążyć – i przyjęliśmy do sunshine pierwszych gości, otwierając dla nich idealne, prześliczne i wypucowane pokoje nad samiutkim lazurowym oceanem, doskonale zaopatrzony bar i kuchnię z szefem - egzotycznym panditem. cudem zdazylismy – bo jeszcze wczoraj ciekły kible, główną rurę doprowadzającą wodę do pokoi przecięli kilofem ogrodnicy sadzący palmy i bugenwille, firanki były pogniecione, moskitiery doszywane, a recepcja w cementowym pyle, w gruzie i chaosie. zanim wyruszyłam w powrotną drogę do stone, żeby punkt czternasta odebrać ze szkoły kaja, zdążyłam jeszcze uścisnąć dłonie nowo przybyłym i zobaczyć, jak gotowa crew wręcza im powitalne dafu, czyli świeżego kokosa z palm nad bungalowami. i jako że ostatnio nie pisałam, ergo nie używałam słów do określania świata wewnętrznego trzydziestoczteroletniej kobiety, a mówiłam nie o imponderabiliach, lecz o konkretach: budulcach, cemencie, fundamentach, rurach, woziwodach i dostawcach krewetek - dziwnie (obco) poczułam się przed pustą, białą kartką, tego słonecznego popołudnia - zwłaszcza, że nie wiem, kiedy uda mi się tu powrócić. * dlatego tak bardzo lubię mieć stały rytm (nie tylko pisania) - żeby unikać trudnych powrotów
niedziela, 02 maja 2010
z kolei ja, w odróżnieniu od taty, nie mam swojego laptopa i w związku z całkowitą zdechlizną (deszczową?) naszych stacjonarnych komputerów, które od tygodnia nie łączą mnie z siecią, czyli z wirtualną pocztą, z blogiem i z fejsbukiem, jestem sporo oddalona od wyżej wymienionych towarzystw i dlatego tak tu cicho (dziś zaktywizowałąm się dzięki komputerowi gaby:) poza tym codziennie (hura, wreszcie!) jedżę na budowę z hasbendem, codziennie działamy w sunshine z adamem i gabą, i nasze życie kręci się wokół żmudnej wykończeniówki. pierwsi goście mają się zjawić 19 maja... dziś spędziliśmy naszą pierwszą noc w matemwe, co prawda jeszcze nie w sunshine, ale za to w domu hasbendowego koleżki, jowialnego, przystojnego austriaka, który żyje (i bywa) na zanzibarze od dwudziestu lat, więc nasłuchaliśmy się historii o wyspie i cudownie byłoby je tu zebrać, ułożyć, spisać - na razie jednak spróbuję je zapamiętać. ps. adam zebrał miniaturki zdjęć z sunshine i można na nie zerknąć tu:) ps. uruchomiłam nową skrzynkę mejlową na gmailu, bo gmail u nas działa niemalże prawidłowo; piszcie więc państwo listy na adres: 94islandviews@gmail.com - a będzie szansa, że je odczytam i na nie odpiszę...
* mój tata kupił sobie laptopa, do którego niedawno podłączyliśmy internet. wprowadziłam ojca w świat wirtualnych spotkań, poczt, gazet, wikipedii i youtuba, choć pewnie i tak sam by ten świat odkrył. jako że tata, bardziej niż cokolwiek innego (poza nami), kocha muzykę, cieszy się z netu ogromnie, bo - wiadomo - w necie znajdzie (się) wszystko, a zwłaszcza znajdzie się mnóstwo na temat kinga, jakim od zawsze był w naszym domu ELVIS. hasła w domofonach, hasła pozwalające uwolnić się z ojcowskich objęć, hasła w bankach i hasła w telefonach, padre sprowadził do pięciu liter, których złożenie w całość: ELVIS, pozwalało otworzyć się sezamom. jednym z najwcześniejszych wspomnień z naszego dzieciństwa są sobotnie popołudnia, kiedy to mama pastowała podłogi, ojciec kroił sałatkę na niedzielę, a my siedziałyśmy przy małym kuchennym stole (rysując baletnice i księżniczki) i słuchałyśmy cudem zdobytych (w tamtym czasie) koncertowych płyt elvisa. naszą ulubioną piosenką było "are you lonesome tonight", przy którym king dostał napadu śmiechu i nie mógł spoważnieć, więc śpiewał ze śmiechem - ze śmiechem - jak wmówił nam padre - który wywołała mała wówczas i rozkoszna lisa marie. wczoraj dostałam od taty pierwszego mejla zatytułowanego - jakże by inaczej - "love me tender", zawierającego tradycyjną częstochowską rymowankę (jeszcze nie umilkly wasze slodkie glosy, a juz serce wyje wnieboglosy!!! jeszcze na ekranie pamieci tkwi wasz slodki wizerunek, a mnie juz trawi tesknoty frasunek!!!). odpisałam więc, zgodnie z prawdą, że właśnie siadałam do kompa, żeby dać mu znak życia, a poza tym - napisałam również zgodnie z prawdą - że jak po polsce weszłam do domu na zanzibarze, to pierwszą płytą, jaką włączyłam do słuchania, było greatest hits elvisa z "love me tender" na początku. strasznie tego elvisa przeżywałam. śpiewał okrutnie pięknie i oczywiście myślałam o tacie i o mamie: bo można o nich powiedzieć dużo trudnych rzeczy, ale z całą pewnością przez całe życie czułam się kochana oceanem miłości, co dało mi wielką życiową siłę i co niezmiennie mnie wzrusza.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
*************************** gorąco, nieprzyzwoite gorąco, oblepiło nas na lotnisku w dar. na parę chwil zapomnieliśmy, jak się oddycha w takim goracym powietrzu, zwłaszcza, że polska wiosna tego roku była arktyczna i z lubością, wręcz nawykowo, chłodziliśmy ciała. w domu, na zanzibarze, dostaliśmy po szklance świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy i po rozpakowaniu sześćdziesięciu kilo bagażu - pojechaliśmy na kolację do "la taverna", włoskiej knajpki przy darajani, której właściciele urządzili wczoraj specjalną, kończącą sezon, bufetową kolację dla ekspatów. i znowu na początek dostałam do ręki szklankę, tym razem pełną czerwonego wina z owocami, czyli prawdziwą sangrię, która spowodowała, że moje zmęczone i niewyspane ciało poczuło się lekko, a głowa na wyciągniętej w chmury szyi, kręciła się wokół południków, równoleżników i biegunów, powracając czasem z okołoziemskich orbit, żeby z nietrzeźwym, serdecznym uśmiechem spojrzeć na te tłumy białasów (i nie tylko), które przyszły do tawerny i z którymi całowałam się na przywitanie, z którymi prowadziłam zwyczajowe rozmowy (tak, tak, chmura pyłów zatrzymała nas w polsce, tak, tak, to straszne, spadł nam prezydent z żoną, tak, tak, joga w indiach odbywała się prawidłowo i ascetycznie, tak, tak, wszystko, co udało mi się zascezować w indiach, nadrobiłam toksycznie w polsce, tak, tak, jest świetnie) i z którymi niebawem się pożegnałam, bo nasze dziecko było jedynym dzieckiem w towarzystwie i zaczynało się nudzić, czym zgrabnie i niechcący mnie zaraziło. chciałam wreszcie usiąść na tarasie, nalać sobie kolejną szklaneczkę czegoś mocniejszego i gapiąc sie na gwiazdy, posłuchać o tym, co się wydarzało (na budowie) podczas naszej nieobecności. poza szklankami niezbędnych do życia napojów, wyspa objawiła mi się na nowo w hordach ciągle obecnych (głównie w cukrze i chlebie) mrówek, w tuzinach much zlatujących się do najdrobniejszych kęsów oraz w problemach komunikacyjnych - od rana siedzę w wirtualnej polsce i próbuję BEZSKUTECZNIE odczytać jakiegokolwiek mejla: nic się nie otwiera, nic się nie wyświetla i jeśli nic się nie zmieni, będę musiała założyć nową skrzynkę pocztową. a jutro wszyscy (hasbend, kajtek, jego przyjaciel ziggy oraz nasi menedżerowie) jedziemy do sunshine matemwe, jednego z najpiękniejszych hoteli na zanzibarze, żeby rzucić się w wir tytanicznej, szlachetnej pracy (przy szklankach deszczów).
niedziela, 18 kwietnia 2010
według planu leciałabym właśnie do dar es salaam, po nocy spędzonej na lotnisku w doha. chmura wulkanicznych popiołów zatrzymała nas o cały tydzień dłużej w polsce... co za czas, co za kwiecień, co za wiosna - katastrofa w smoleńsku i wybuch islandzkiego wulkanu w ciągu jednego tygodnia to zbyt duża dawka. ale - zadaję sobie pytanie - dawka czego? opatrzności? jej braku? zbiegów okoliczności? tajemnic? pokory? ostrzeżenia? trwogi?
piątek, 09 kwietnia 2010
w środę w siedzibie poznańskiej wyborczej toczyła się debata na temat rozbratu, wczoraj w starym (zadymionym?) kinie był koncert pogodno, dziś w zamku grają editors, w przyszły wtorek w ósemkach odbędzie się spotkanie z domosławskim, jutro w południe idziemy z dziećmi skakać w gumę na cytadeli, a potem do kina na "alicję w krainie czarów". każdej nocy sypiamy u kolejnych przyjaciół, zjadamy tony serników, kasz jaglanych z bakaliami i pajd razowych chlebów z majonezem, szczypiorkiem, żółtym serem i ogórkiem kiszonym. podglądamy, zaskoczeni jej powolnością, wiosnę i cieszymy się chłodem, cieszymy się warstwami ubrań, cieszymy się rękawiczkami i kolorowymi szalami - tak, jak (dziś) cieszymy się dniem pełnym słońca. przed wielkanocą jechałam wysłużoną astrą do s. i kiedy w okolicy konina z szarego, zachmurzonego nieba spadł na mnie rzęsisty śnieg i w kilka minut pokrył sosnowe lasy autostrady, zapłakałam ze szczęścia: oto wytęskniony śnieg dla afrykańskiej ekspatki, oto mój zaległy bożonarodzeniowy śnieg, śnieg w wielki piątek, specjalnie dla mnie. jechałam ostrożnie i - nie dowierzając - słuchałam marka niedźwiedzkiego, który po zbyt długiej nieobecności właśnie powrócił do trójki.
poniedziałek, 29 marca 2010
proszę państwa, muszę przyznać, że jestem nieco zagubiona w przestrzeni (na szczęście odnajduję się w czasie) i z całą pewnością pokonuję właśnie życiowy rekord w kategorii przebytej ilość kilometrów w ciągu paru dni. na zanzibarze jest prąd (choć bywa zmienny) - o czym uprzejmie donoszę, więc pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po wejściu do domu i zrzuceniu plecaka z ramion było włączenie muzyki z naszego stołowego sound systemu, której brzmienia nie zakłócał rozkaszlany generator. ponadto, w ramach pory deszczowej, na zanzibarze padają deszcze. padają o wiele więcej niż w ubiegłym roku i wiecznie zielone drzewa są jeszcze zieleńsze, liście w ich koronach podwoiły objętość, młode bananowce wyrosły jak - nieprzymierzając - grzyby po deszczu, a przydrożne krzaki są wyższe od mojego syna. drogi są muliste i błoto zostawia kropki i bryzgi na łydkach. chmury chronią nas przed palącym słońcem, powietrze jest lepkie, ale dochodzące znad oceanu bryzy potrafią przyjemnie tę lepkość rozbić. jest ciepło, jakże by inaczej, i znowu trudno mi jest sobie wyobrazić temperatury w polsce. pakuję plecak na jutrzejszy wylot i staram się wepchnąć weń bluzki z długimi rękawami (zamiast cienkich podkoszulków na ramiączkach), tuniki i spódnice na dżinsy (zamiast aladynów) i dwie bluzy z kapturem pod polar (zamiast cienkich sukienek). jestem nieziemsko szczęśliwa - po wspaniałej jodze w indiach, przelatuję do polski, wprost w objęcia wytęsknionych, ukochanych ludzi.
czwartek, 25 marca 2010
jutro rano zarzucam plecak na grzbiet, lapie riksze na dworzec autobusowy i wybieram sie do delhi lokalnym busem. nie wiem dokladnie, o ktorej autobus odjezdza, ale w kraju tak gesto zaludnionym jak indie, transport publiczny jest w ciaglym ruchu i w ciaglej gotowosci do odjazdu, wiec mam nadzieje, ze ruszy w miare wczesnie. podroz ma trwac siedem godzin, z kilkoma przystankami na siusiu i jedzenie w przydroznych budach. dawno nie korzystalam z autobusu (pociagi w indiach sa wygodniejsze, ale na jutro nie bylo ani jednego wolnego miejsca) i tym chetniej pogapie sie na indyjskie krajobrazy wzdluz drogi (a nie wzdluz torow). wczoraj nie spalam pol nocy - mysli i leki ciely mi glowe z predkoscia odrzutowca. to strach przed kolejna samotna wyprawa do wielkiego, zatloczonego miasta, w ktorym za zadne skarby nie chce ladowac po zmroku, z ciezkim plecakiem i poupychanymi w torbie dolarami. a przeciez nie wiem, kiedy autobus z riszikesz odjedzie i nie wiem tez, o ktorej do delhi dotrze. pol nocy przerazala mnie wizja dyskusji z nieustepliwymi rikszarzami - ktorzy jak sepy kraza wokol ofiary, doskonale czujac, jak jest zmeczona i zagubiona i jak desperacko pragnie sie znalezc we wlasnym pokoju na pahar ganji. swoja droga wizja szukania czystego i taniego pokoju na pahar ganji tez mnie przerazala przez pol nocy. do tego fundowalam sobie inne kombinacje obaw oraz koszmarnych trosk: wyjatkowo nie wkrecilam sie w strach przed lataniem, pewnie zaczne wariowac jutro. pierwsze tego typu histerie nawiedzily mnie w manili, kiedy to jako matka prawie dwuletniego kajtka udalam sie w miesieczna i samotna podroz na filipiny, zeby "nabrac dystansu", "dowiedziec sie, kim jestem" i "jak funkcjonuje poza obiegiem zamknietym", jakim bylam ja plus moj najdrozszy synek. zamiast oczekiwanej wolnosci i udanego powrotu do ewy sprzed kajtka (rozesmianej, otwartej, wiecznie zaprzyjaznionej i zyjacej bez cienia - powtarzam - bez cienia, strachu o cokolwiek) - kulilam sie spocona na lozku i blagalam bogow, zeby juz wreszcie wrocic do domu, najlepiej droga ladowa, bo perspektywa lotu lokalnymi liniami do hongkongu, gdzie (na szczescie) przesiadalam sie w BA - doprowadzila mnie na skraj zalamania nerwowego. potem miewalam rozne paranoje - glownie lotnicze, ale tez te dotyczace mojej nierozwijajacej sie kariery oraz ustawicznego gorzknienia, nad ktorym nie jestem w stanie zapanowac. wczoraj jednak znowu siegnelam dna strachu. o piatej nad ranem obudzily mnie dzwonki maszerujacych po bruku mulow, ktore dzwigaja piasek, zwir i cegly na pobliska budowe. nastal dzien i wiedzialm, ze jakos sobie przeciez poradze (w tym strasznym miescie noca, sama i tak dalej). mialam dwie godziny do porannej jogi, siegnelam wiec po ksiazke (niewiarygodna "rzeke krwi. podroz do peknietego serca afryki" tima butchera), potem lyknelam ostatnia dawke ziol, pomasowalam brzuch, ubralam sie lekko i poszlam do govindy na ostatnia poranna lekcje. ps. zastanawiajace - czytam "afrykanska odyseje"- spotykam rose, ktora pracuje z uchodzcami, czytam "rzeke krwi"o kongo - spotykam wymuskanego belga. boje sie - i spotykam neboise...
wtorek, 23 marca 2010
* istotnie, gomutra to holy cow urine. oczywiscie, po pierwszch 20 mililitrach, ktore przelknelam po to chyba tylko, zeby miec co opowiadac wnukom, w mojej glowie nie powstala nawet smuzka mysli, zeby sprobowac jeszcze raz - kiedykolwiek. inne specyfiki ziolowo-sokowe lykam nadal i odliczam niecierpliwie dni do konca kuracji - ktory to koniec zbiega sie w czasie z moim wyjazdem do delhi i - po wyczerpujacym dniu zakupow na pahar ganji - wylotem na zanzibar, co nastapi juz niedlugo. chcialam dzis jeszcze popisac i poopowiadac, ale jakos klawiatura pali mnie pod palcami. mam troche slabszy (fizycznie) dzien i czuje, ze albo walcze z drobna infekcja, albo reaguje "oczyszczajaco" na ziola pana doktora, albo zbyt osobiscie odbieram pogode - noca wieja tu mocne wiatry, a dni sa przerazliwie upalne i suche (nici z przyjemnych chlodow pierwszej dekady marca). wobec czego wskakuje do lozka i koncze palina "himalaje" (wlasnie wkraczamy do buthanu).
sobota, 20 marca 2010
* korzystajac z dosc niezwyklego i – jak to bywa – przypadkowego, spotkania w kafejce internetowej, gdzie pewnego wieczoru trafiam na kobiete o glebokim, spokojnym glosie, siedzaca w przyciemnionym kantorku i nawijajaca po polsku z przyjaciolka przez skajpa o prawidlowej diecie, ziolach, wyleczonej kandidzie i serii zabiegow, jakie zalecil jej wybitny riszikanski lekarz ajurwedyczny – poprosilam kobiete, gdy skonczyla rozmawiac, o kontakt na tego lekarza. wymienilysmy sie oczywiscie telefonami, zeby umowic sie na pyszna i zdrowa kolacje – i zeby pogadac w ojczystym jezyku. ela, bo tak ma na imie kobieta o pieknym glosie, siedzi w riszikesz od listopada (“to strasznie dlugo” – mowi) i szczerze powiedziawszy, namiar na sprawdzonego naturopate to jedna wazna sprawa, a rozmowa z ela, ktora cos waznego i tajemniczego robi w polnocnych indiach od ponad pol roku – to sprawa druga i chyba wazniejsza. najpierw umowilam sie z lekarzem (z ela probowalam na dzis, ale na dzisiejszy wieczor lekarz znowu wyznaczyl jej wizyte – poszlam wiec na kolacje sama). gabinet doktora nand lal kothariego miesci sie na tylach zielarskiej apteki jego brata. panowie rzecz jasna scisle ze soba wspolpracuja, lekarz bada, aptekarz miesza ziola i wyznacza godziny wizyt. lekarz przebadal mnie dosc dokladnie – oczywiscie czytal z pulsu – najpierw lewej reki, a potem prawej (a moze odwrotnie). lupa zajrzal mi w oczy, pod lupa obejrzal moje paznokcie, osluchal mi pluca stetoskopem i kazal pokazac jezyk. zadal mi tez mase wnikliwych pytan: (glownie) o kupe, menstruacje, sen i przebudzenia, libido, choroby rodzicow, dolegliwosci, infekcje waginalne, poziom stersu w zyciu, jakie wiode (w skali od 1-10) itd. powiedzialam mu, ze kupa jest w porzadku (w sensie, ze codzinnie) – choc niestety po sniadaniu, a wlasciwie po kawie. ze cykl menstruacyjny mam dosc krotki i niecierpliwy (jak ja sama). ze zasypaim natychmiast, choc budze sie w nocy przynajmniej raz, kiedy to kajtek uskutecznia swoja sciezke lunatycznego dziecka stadnego i przylazi do nas do lozka nad ranem. ze budze sie roznie – czasami wypoczeta, ale przewaznie zbyt wczesnie obudzona zlowrogim odglosem mowiacego budzika (“it’s 6.50 – time to get up, it’ s6.50 – time to get up”). ze libido od lat nie moze odbic sie od suchego dna pologu. ze mama choruje na schizofrenie, a tata jest cholerykiem – wscieklym i latwozapalnym, ale o golebim sercu. ze najwidoczniejszym problemem, z jakim tu przyszlam, jest wzdyymajacy sie jak beben brzuch (bez ujscia gazow) i ze tuz pod splotem slonecznym zoladek ciazy mi czasami jak kamien. oraz ze miewam migreny. infekcje waginalne – grzybowe i w normie kobiety po trzydziestce w dwudziestym pierwszym wieku. a poziom sttresu ocenialm na 3. ostatnie pytanie lekarza brzmialo : “co jest twoim najwiekszym pragnieniem/marzeniem/celem w zyciu?”. probowalam wysilic wyobraznie i dyskretnie szczypalam sie w policzki, zeby wyartykulowac jakies madre zdanie, ale wobec przeciagajacej sie ciszy – na milosc boska, takiego pytania nie oczekuje sie podczas wizyty u lekarza, poza tym nie wiedzialam czy chodzi mu o jedno zyciowe pragnienie teraz, ostatnio, czy na przyklad za kilka lat, jak odchowam syna – surowy i zasadniczy doktor nand, machnal reka i nie doczekawszy sie odpowiedzi, narysowal dluga biala linie w karcie pacjenta, ktora podsumowal badanie. (a co wy byscie odpowiedzieli lekarzowi na to fundamentalne pytanie?) okazalo sie, ze mam zaburzona rownowage miedzy dwoma kanalami energetycznymi (z trzech istniejacych wedlug ajurwedy) – vata (powietrze) i pitta (ogien), przy czym najwiekszy klopot mam z vata, dziedziczona po kadzieli. powietrze w moim ciele nie krazy swobodnie. jestem sucha. brak mi mineralow (magnezu, potasu, wapnia) . powinnam przestrzegac diety i unikac m.in. bialego cukru, bialej maki, czekolady, kawy, kapusty, kalafiora, grzybow, oberzyny, soi, alkoholu, slodkich jogurtow, potraw smazonych na glebokim tluszczu itd. moge za to jesc wszystkie inne warzywa i owoce. powinnam zastosowac ajurwedyczna mieszanke ziolowa – do wymieszania przez brata farmaceute. do tego mam pic na czczo mieszanke trzech sokow – aloe vera, amalaki i gomutra, na czczo mam tez cwiczyc (i masowac brzuch), oddychac naprzemiennie i nawilzac cialo olejkiem vata. ziola mam lykac po jedzeniu. pan doktor zaproponowal mi rowniez serie kilku specjalnych masazy (pepka i czola) – ale kazdorazowy zabieg wycenil na zawrotna sume 950 rupii (ok.20$), co przekracza moj budzet. i musze wam powiedziec, ze stosuje sie do zalecen lekarza, pije te cuchnace ziola, pije soki – ale obrzydzenie wykreca mi twarz. zwlaszcza ta gomutra smierdzi przenikliwa wonia amoniaku z najgorszego wyciagu szczyn – i cos mi sie wydaje, ze jest szczyna w istocie, bo na etykiecie narysowana jest brazowa krowa siedzaca na kupie gnoju…
środa, 17 marca 2010
moje zycie w riszikesz przebiega prosta droga: pobudka po siodmej, lyk wody, potem dwudziestominutowy spacer na dol - do laxman jhula, gdzie miesci sie szkola givindy (mojego nauczyciela), dwie godziny praktyki, poludniowe sniadanie w ganga beach restaurant (micha pelna musli ze swiezymi owocami, curdem i miodem; do tego imbirowo-cytrynowa herbata), wloczenie sie po riszikesz (ksiegarnie, kafejki netowe, czytanie przy kawie, ogladanie ciuchow w sklepikach albo szukanie tanszego hotelu - szukanie dobrego masazysty, szukanie dobrego lekarza-zielarza), nastepnie dwudziestopieciominutowy marsz pod gore (wsrod tlumu hinduskich pielgrzymow), do bhandari swiss cottage, gdzie mieszkam w pokoju za 300 rupii, prysznic, pranie, czytanie (do tego chrupanie marchewki, skubanie orzeszkow ziemnych i winogron, polykanie banana) - po czym nadchodzi piata po poludniu i trzeba wychodzic (dwadziescia minut w dol) na kolejna dwugodzinna sesje jogi, po ktorej rzucam sie wyglodniala na wegetarianskie sizzlery, na warzywne zupy, masale dosy, chana masale, thali i palak paneery... i znow maszeruje pod gore (dwadziescia piec minut), jest juz ciemno - czasem zajrze do netu, czasem po prostu wracam do pokoju, biore prysznic i czytam tak dlugo az oczy same mi sie nie zamkna. oczywsicie, powyzsza prosta droga jest taka z grubsza - bo codziennie spotykam jakis ludzi i wchodze z nimi w sporadyczny i niegleboki kontakt - poza rosa i neboise, spotkalam kilku pozytywnych, zabawnych anglikow (ona stomatolog, on - inzynier mechanik), z ktorymi wybralismy sie motoriksza na kumbh mela i zanurzylismy nogi w swietej gandze w dniu najwazniejszego holy bathu (15.III) oraz kilku zintelektualizowanych amerykanow, zapalonych surferow i podroznikow piszacych doktorat z psychologii - wczoraj ci ostatni, nie wiedzac o moich urodzinach, zostawili mi w prezencie ksiazke jonathana safrana foera "extremely loud and incredibly close", nie wiem jednak, czy dam rade ja przeczytac po angielsku. foer jest genialnym, mlodym autorem - ale nie starczylo mi cierpliwosci na jego pierwsza ksiazke (po polsku) - wiec pewnie wymienie "extremely loud..." na cos innego w bookshopie. poza tym spotykam ludzi na jodze - trafilam na mega zaawansowana grupe doskonalacych sie nauczycieli z calego swiata, ktorych porozciagane kregoslupy wyprawiaja cuda na matach. bardziej jednak ich obserwuje niz z nimi gadam - bo ja dopiero kilka dni temu pierwszy raz w zyciu usiadlam w kwiecie lotosu - co jest moim wielkim osiagnieciem, albowiem biodra mam (mialam) zamkniete na trzy spusty. niesamowite, naprawde - bylam przekonana, ze nigdy nie zloze nog na krzyz... a w lotosie usiadlam dzieki govindzie, ktory pokazal mi, jak to mam zrobic: just like that. govinda jest genialny. teraz najgorecej pracuje nad staniem na glowie - kiedy mam zly, pelen strachu i ciezkich mysli dzien, nie jestem w stanie uniesc bioder do gory. BOJE SIE, ze upadne. przy headstandzie govinda przede wszystkim mowi o tym, zeby pokonac strach...rozwalic mur strachu w glowie (przydalby sie jakis neboise obok). reszta asan idzie mi bardzo dobrze. szczerze mowiac, przymierzam sie, zeby w przyszlym roku wrocic do givindy na cztery tygodnie i zrobic kurs nauczycielski. za rok przestane sie bac. tak czuje.
poniedziałek, 15 marca 2010
* rosa siedziala naprzeciwko nas w pociagu. jako ze byla po drugiej stronie korytarza, nie moglysmy rozmawiac – bo nie chcialysmy do siebie krzyczec, poza tym rozmawialam przeciez z neboise. wymienialysmy jednak usmiechy oraz cieple spojrzenia. rosa troche gapila sie na ludzi, troche czytala brönte, troche spala, opierajac glowe na swojej fioletowo-rozowej walizce na kolkach. nie moglam sie powstrzymac, zeby co jakis czas na nia nie zerkac. rosa jest bowiem nieskazitelnie piekna: ma dlugie blond wlosy zwiazane w niedbaly kok, drobny, waski nos nad pelnymi ustami, czarne wyrazne brwi nad granatowymi oczami i mala pikantna szpare miedzy zebami – zebami idealnie scietymi w perlowe prostokaty. rosa byla cudowna. i z cala pewnoscia byla sama – tak, jak ja. gdy dotarlismy do haridwar, odwazylam sie (dzieki neboise) i zapytalam rose, czy moze przypadkiem jedzie do riszikesz (jesli by powiedziala, ze tak, wyrzeklabym sakramentalne: can we share a taxi?), niestety, rosa zostawala w haridwar. spytalam wiec, gdzie nocuje – a ona na to, ze tu i tu. podzielilam sie z nia obawa co do nocy w autobusie i rikszy, a rosa na to bez cienia wahania zaprosila mnie - nie dosc, ze do tego samego hotelu (gdzie zarezerwowala wczesniej miejsce), ale do tego samego pokoju – i do tego samego lozka. wobec powyzszego, neboise poszedl w swoja strone z wladimirem, a ja pomaszerowalam raznie z rosa. rosa jest z londynu i mowi z doskonalym brytyjskim akcentem, jakim moze wladac tylko ktos, kto jest: po pierwsze delikatny, po drugie madry, po trzecie zdecydowany, a po czwarte ma staly kontakt z obcokrajowcami, ktorzy nie do konca moga go zrozumiec, wiec musi mowic wyraznie i powoli. i tak jest w istocie – rosa (delikatna, madra, zdecydowana) pracuje w londynie z uchodzcami. koordynuje prace 30 wolontariuszy i przez calutkie 8-10 godzin swojej pracy trzyma reke na pulcie (blokowanie akcji deportacyjnych, staly kontakt z prawnikami, z prasa, z podopiecznymi, czyli klientami itd.). dziwi sie kazdemu, kto w pracy znajduje czas na facebook, quizy, youtuby, blogi - ona nie ma nawet minuty. trzy lata pracowala na bliskim wschodzie – w jordanii i syrii, kontynuujac rodzinna tradycje – uczyla angielskiego. jej trzech kuzynow oraz ich matka, a ciotka rosy, wolontariacko ucza w szkolach trzeciego swiata – w etiopii, sierra leone, malawi, peru - szczesciarze – maja zywe narzedzie pracy w ustach. w jordanii rosa pozanala swojego meza yiasa, palestynczyka, muzulmanina, z ktorym od poltora roku mieszka przy oksford street – na quasi-sklocie przerobionym ze starego, ceglastego szpitala. mieszka – a raczej – mieszkala, bo kilka tygodni temu rosa wyrzucila yiasa z domu. dlaczego? bo uwaza, ze ten zwiazek nie ma przyszlosci. yias jest nieco mlodszy – ma inne potrzeby (zamiast wspolnego wyjscia do kina – playstation z kolegami), nie odnalazl sie wsrod rosy znajomych, nie traktuje zycia powaznie - albo na tyle powaznie, zeby rosa dobrze sie z tym czula. w dodatku muzyka, literatura, teatr, niezbedne rosie do zycia, sa yiasowi obce. yias jest za to piekny, czuly... rosa nie sadzi jednak, zeby ich problem wynikal z roznic kulturowych czy religijnych (przeciwnie, jest zafascynowana islamem i bliskim wschodem). rownie dobrze moglaby sie zwiazac z jakimkolwiek, bosko przystojnym, mlodszym, angolem z przedmiescia – i tez by pewnie wymiekla. spedzilysmy wspanialy wieczor w swietym haridwar – omawiajac powoli rozne aspekty bycia w malzenstwie i poza nim. przyznam, ze doszlysmy do podobnych konluzji, ktore oczywiscie przemilcze. rozmawialysmy tez o jej pracy - jestem przeciez swiezo po lekturze "afrykanskiej odysei", wiec sluchalam rosy z wypiekami na twarzy (i lzami w oczach). poza tym dowiedzialm sie, ze rodzona siostra rosy jest anarchistka, mieszka we wlasnym domu w new castle, dom jest wiecznie pelen rozmaitych aktywistow, ktorzy pomieszkuja u niej za darmo i przygotowuja rewolucje. siostra rosy niegdy nie leciala samolotem - szczerze samoloty bojkotuje - ze wzgledu szkode, jaka wyrzadzaja srodowisku. nastepnego dnia rano, pojechalysmy z rosa do riszikesz. ja na joge, a ona z wizyta.
niedziela, 14 marca 2010
* zeby dostac sie do riszikesz - gdzie zmierzalam - trzeba wziac pociag do haridwar (swietego, swietego, swietego miasta nad matka wszystkich hindusow – ganga). w haridwar trzeba przedostac sie na stacje autobusowa (albo zlapac taksowke), wsiasc w autobus do riszikesz i mniej wiecej po godzinie trafia sie na riszikanski bus stand. z bus standu bierze sie motoriksze i przez 20 minut szalonej jazdy wsrod spalin, krow i klaksonow, dociera sie do celu, czyli do laxman jhula, wiszacego mostu, laczacego wschodni i zachodni brzeg swietej gangi. waski most przeznaczony jest wylacznie dla ruchu pieszego: krowiego, malpiego, psiego, mulowego i ludzkiego (oraz motorowo-rowerowego). to wokol laxman jhula kwitnie zycie turystyczno-pielgrzymkowe: joga, ajurweda, tabla, cytra, medytacja, akupresura, taniec, hindi, masaze, tarot, swiatynie, swiete statuuy, om na ma shiva. niepokoil mnie fakt, ze pociag z delhi, w ktorym z nieklamana rozkosza sluchalam zwierzen neboise, dojezdzal do haridwaru wieczorem. sadzilam, ze uda mi sie jakos odbyc te cala droge do riszikesz: dworzec autobusowy, autobus, riksza, szukanie pokoju - samej, po ciemku, z plecakiem – po nieprzespanej nocy w samolocie. sadzilam, ze dam rade. jednak im nizej opadala idealna (meska) kula slonca nad plaskim, rozleglym horyzontem uttarakhandowych pol, tym bardziej zdawalam sobie sprawe, ze boje sie tego autobusu, tej rikszy i tego maszerowania po nocy z plecakiem w poszukiwaniu wolnego pokoju. wiedzialam, ze bedzie mi trudno znalezc miejsce, bo jest bizi koncowka sezonu, poza tym przyjechalam akurat na maha kumbh mela – jedno z najwiekszych hinduskich swiat pielgrzymkowych. neboise i jego przygodny towarzysz podrozy, wladimir z rosji - podobnie jak miliony innych ludzi - jechali do haridwaru ze wzgledu na swieto. dowiedzieli sie, ze bedzie darmowy nocleg w namiotach jakiegos teczowego guru i tam zamierzali sie udac. nocleg w haridwar stanowil dla mnie problem, bo rok temu spedzilam godziny na wizytowaniu kolejnych drogich (jak na indie) nor, w ktorych nie przylozylabym glowy do poduszki. uznalam wiec – jak sie okazalo – nieslusznie, ze w haridwar dobrze spac sie nie da. przez krotka chwile rozwazalam spanie w tym wieloosobowym namiocie neboise, wladimira (i milionow). opamietalam sie jednak – chcialam sie wyspac na czystym przescieradle i nie zamarznac. nie zabralam ze soba spiwora, ba, o jego zabraniu nie powstala w mojej glowie nawet najmniejsza mysl! na upalnym zanzibarze trudno jest sobie wyobrazic temperature siegajaca 15°C – a taka tutaj panuje noca. od nocnego obledu uratowala mnie rosa.
sobota, 13 marca 2010
* w pociagu zaczelam topniec. rozpuszczac sie jak ten cukierek, o ktory dziecko robi tyle halasu. albo jak porzadny lyk whiskey czule obezwladniajacy cialo. delhi okropnie mnie spielo i skonfudowalo. balam sie kazdego nastepnego kroku. na szczescie dzieki losowi, uaktywnionemu przez indyjskie koleje, ktore sadzaja westernow obok siebie w pociagach dalekobieznych, trafilam na kojacego wspolpasazera. byl on rudym, mlodziutkim serbem o niezwyklym imieniu NE-BOI-SE; w dowolnym tlumaczeniu – don’t-fear albo nie-boj-sie (jego dwuletni syn, ktorego zdazyl posiasc wraz z – juz – byla zona w serbii, ma na imie ogien. ladnie, prawda?). neboise wygladal na 20 lat, przyznal jednak, ze ma 6 wiecej. krajobrazy przemykaly za otwartym na osciez oknem, a neboise mowil mi o sai babie, w ktorego asramie spedzil ostatnie dwa miesiace. przyjechal do indii z malym, gleboko zielonym plecaczkiem – mniejszym niz szkolny plecak mojego syna. ludzie sai baby go ubrali, dali mu duzy plecak, spiwor, mate; zywyli go, nocowali i nauczali. neboise niedlugo wraca do serbii, teskni za synkiem. rozstali sie z zona (lubawica, w moim wieku), wiec musza teraz dobrze sie umowic co do opieki nad ogniem. na razie wyglada na to, ze neboise moze widywac syna dwa razy w tygodniu pzez kilka godzin. oboje, neboise i lubawica, pochodza z alternatywnego, teczowego srodowiska. kochaja nature, zdrowo i swiadomie sie odzywiaja, ognia rodzili w domu (z polozna, rzacz jasna). neboise przerosla jednak rola odpowiedzialnego czlonka rodziny i niestety ich pelen harmonii zwiazek sie rozpadl. spytalam go, czy placi lubawicy pieniadze na dziecko. odchrzaknal tylko i przyznal glupio, ze nie. bo nie ma pracy. ale wie, ze placic musi i bedzie. z tym, ze na razie jest w dlugach, bo zapozyczyl sie na billet do indii. ma nadzieje, ze wszystko sie dobrze ulozy (chce uprawiac skrawek ziemi, odziedziczony po dziadku). neboise to pozytywne, beztroskie i ufne dziecko. bezwzglednie wierzy, ze zgodnie z nauka sai baby liczy sie tylko tu i teraz (from nowhere to now here) oraz w to, ze wszystko, co nam sie przydarza jest wlasciwe i ma sens. W indiach neboise zrozumial (znowu dzieki naukom sai baby), ze kazdy czlowiek nosi w sobie pierwiastek kobiecy i meski – z oczywista przewaga jedenj z plci: warto odnalezc w sobie plec przeciwna i sledzic jej rozwoj, reakcje na swiat, pragnienia. neboise ma w sobie silna kobiete (ja mam w sobie silnego mezczyzne). kobieta to ksiezyc – pasywna, spokojna, uczuciowa. mezczyzna to slonce – energiczny, dazacy, w ruchu, umyslowy. neboise wierzy, ze ma teraz w sobie wystarczajaco duzo ksiezycowego, kobiecego swiatla (i nie uprawial seksu przez dwa lata) – wraca do serbii, zeby opromienic lubawice, ktora wkladala w ich relacje zbyt duzo intelektu, przez co oczywiscie reprezentowala energie meskiego slonca. dlugo nie wiedzialam, co mam zrobic, gdy wysiade z pociagu. wlasciwie nie wiedzialam az do chwili, w ktorej wysiedlismy w haridwar. *
piątek, 12 marca 2010
* slonce nad delhi wschodzilo w kurzu i ponad haldami budowanej linii metra. marzec w indiach jest chlodny. * recepcjonisci klamia jak z nut. mowia: mamy pokoj tylko za 600 rupii (w zeszlym roku mieli za 200, wiec jak to mozliwe, ze stawka skoczyla trzykrotnie w gore?), mowia: ciepla woda jest caly czas (tymczasem nie zleciala nawet kropla), mowia: ci robotnicy noszacy deski i cegly na pierwsze pietro wcale nie halasuja (podczas gdy w hotelu trwa regularny, halasliwy remont). oni kalmia – a ja kupuje ich klamstwa, bo jest zbyt wczesnie (po nieprzespanej w samolocie nocy), zeby podejmowac zbyt gwaltowne decyzje. skoro juz weszlam do tego hotelu, to niech tak juz zostanie. i tak chce jak najszybciej uciekac na polnoc i zaczac joge w riszikesz. gdyby nie joga, nie byloby mnie tu wcale a wcale. * dlugo (przysypiajac na krzesle i sciskajac na brzuchu torebke z paszportem i kasa) nie wychodzilam z lotniska. glownie dlatego, ze ladowalam o 4 nad ranem i nie chcialam blakac sie po delhi o tej porze. ale kiedy dotrwalam do znosnej 6.30 – zwlekalam z wyjsciem. w lotniskowej toalecie umylam zeby, skropilam woda twarz, przepakowalam bagaz - z dwoch malych, zrobilam jeden i poreczny, w kiosku z goracymi napojami wypilam czaj. a potem kupilam prepaid taksowke i z cieniem radosci (gotowosci) wpatrywalam sie w ciagnace do pracy i szkoly delhi. cien radosci – przeslanial mi cale slonce szczescia, jakim bez watpienia jest data powrotu z indii i niemalze jednoczesna data wylotu do polski (z kajtkiem). nigdy nie sadzilam, ze kiedykolwiek bede sie bardziej ciszyc z podrozy do polski niz do indii... jestem jednak sama na zanzibarze (choc przyjazd naszych sunshine menedzerow ostatnio podreperowal moj samotny stan), dlatego bycie samej w indiach - i zamknietej w sobie - jest smutne. chcialabym wreszcie byc z kims bliskim (i doroslym). * nie spedze nocy w przeplaconym anoop hotel na pahar ganji. jade o 3 po poludniu do haridwar, a z haridwar do riszikesz. chcialam wsiasc w szybki pociag, ale wolne miejsce maja dopiero 16 marca. w haridwar jest wielkie hinduskie swieto: kumbh mela (raz na 12 lat!), przyciagajace miliony wiernych z calego swiata, wiec pociagi, autobusy, ciezarowki i auta, sa pelne. obawiam sie, ze moze hotele tez beda full. na szczescie tych hoteli jest od groma.
"whiskey, whiskey for me!" - pasazer-sasiad w samolocie z dohy do delhi, hindus z kwadratowym wasem, domagal sie whiskey jak dziecko cukierka, co rozdraznilo wysoka jak zyrafa stewke o swojko brzmiacym imieniu wybitym na zlotej plakietce: jelena. "just a minute, sir, we are serving food right now" - warknela do hindusa. ale on powtarzal swoje: "whiskey, whiskey", a potem dodawal: "and one more paratha". czytam wlasnie "afrykanska odyseje" kalusa brinkbaumera, niemieckiego dziennikarza, ktory wraz z johnem, afrykanczykiem z ghany, zakotwiczonym na dobre w hiszpanii, przebyl trase zmudnej (czesto smietrelnej w skutkach) ucieczki, jaka pokonuja masy afrykanskich uchodzcow, dazacych do raju, czyli europy. czytam, patrze na mojego brazowego sasiada, spogladam na slowianska, burczaca zyrafe i jestem pewna, ze nigdy nie zaburczalaby w ten sposob do bialasa. czy ludzi z drugiego, trzeciego swiata - jesli sa naszymi klientami - traktujemy jak klientow drugiej, trzeciej kategorii? lubie sluchac, jak hasbend opowiada o swoich wspolpracownikach (hindusach, arabach, afrykanczykach) - mowi o nich dowcipnie, madrze, rozumnie - nic dziwnego, w zylach hasbenda plynie domieszka krwi ormianskiej, a ormianie nie bez kozery uchodza za najlepszych biznesmenow swiata. nie tylko dlatego, ze doskonale licza, ale rowniez dlatego, ze szanuja kazdego kontrahenta, wchodza w jego skore, zwyczje i rytualy kupieckie, dzieki czemu w ich wzajemnych relacjach nie ma sladu rozdraznienia. jelena, slowianska zyrafa, latajaca w katarskich liniach lotniczych, musi sie jeszcze sporo nauczyc - jesli chce zachowac posade. jej brytyjskie i azjatyckie kolezanki obslugiwaly swoje rzedy z cierpliowscia i nienaganna maniera.
sobota, 06 marca 2010
* mamma mia, czy wy też tak ryczycie, gdy streep vel donna, porywa całą grecką wyspę kobiet do tańca i razem z przyjaciółkami śpiewa z największym przekonaniem, że to ty, właśnie ty (ty!) jesteś dancing queen, że to ty (właśnie ty!) możesz tańczyć i możesz mieć najwspanialszy czas w życiu! YOU CAN DANCE, YOU CAN JIVE, HAVING THE TIME OF YOUR LIFE! bo ja (ku uciesze kajtka) płaczę za każdym razem! płaczę - zastąpując syndrom pani bovary syndromem trzydziestoletniej dancing queen na emigracji: płaczę z tęsknoty za moimi przyjaciółkami, ze wzruszenia i z nadziei, że kiedyś jeszcze potańczę. mamma mia, jak ja jeszcze kiedyś potańczę!
piątek, 05 marca 2010
* w najbliższy poniedziałek wylatuję do indii. znowu sama. tym razem jednak nie będę się włóczyć, posiedzę w jednym jedynym riszikesz – światowej stolicy jogi. zabieram masę książek (w tym „sto lat samotności”, żeby mieć co czytać w urodziny, w trzydzieste czwarte urodziny, gdzieś nad gęstą gangą, wśród himalajskich wzgórz, między asanami oraz hinduskimi cudotwórcami i oszustami). następnym poniedziałkiem, jaki (za)istnieje w moich myślach, jest lany poniedziałek – którego wód doświadczę w rodzinnym mieście s. między indiami a polską mam jeden dzień na zanzibarze – muszę się przepakować i zabrać towarzysza podróży – szczerbatego syna, za którym wytęsknię się w indiach za wszystkie czasy. *
poniedziałek, 01 marca 2010
czwartek, 25 lutego 2010
* pierwsza gra komputerowa kaja dracula twins w tle, a na pierwszym planie mu, abu bakar, asia i kajtek tyłem: kajtek przekazuje swoją (nikłą) komputerową wiedzę asi, która zbiera rubiny życia i ochoczo rozwala niebezpieczne zombi wskazującym palcem prawej ręki: sam kajtek grywa i rozwala zombi rzadko (nie tylko dlatego, że nie ma prądu, ale też dlatego, że trochę się tych zombi boi) - i zawsze jestem wtedy przy nim. |